XX Gdański Maraton Solidarności

      Od wczoraj (a ściślej od przedwczoraj, bo przecież jest już pierwsza w nocy), od godziny 13:10 mogę jak najbardziej zgodnie z prawdą wypowiedzieć zdanie: „Jestem maratończykiem”. Czuję się z tym wyśmienicie i jest to dla mnie prawdziwy powód do dumy, jednak główne, towarzyszące mi aktualnie uczucie to rodzaj… ulgi. Dlaczego?

      Otóż, od postawienia sobie za cel ukończenia maratonu w Gdańsku minęło już prawie 5 miesięcy, podczas których nie wszystko było łatwe, miłe i przyjemne. Jako, że był to mój pierwszy maraton, moje własne doświadczenie było zerowe. Jedyną wiedzą, w jaką byłem wyposażony stając na starcie moich maratońskich przygotowań, były zatem wskazówki zaczerpnięte od znajomych biegaczy (dzięki Parkrun’owi zrobiło się ich całkiem sporo), a także plan treningowy znaleziony w necie: „Jak złamać 3:30?”.

No właśnie… „Czy ja będę w stanie złamać 3:30? A jeśli będę, to może na przykład będę też w stanie złamać 3:25 lub 3:20? W sumie, gdybym biegł cały czas tempem 4:30 min/km, to wyszłoby 3:10… No ale zaraz, zaraz… 3:10 w debiucie?! Lepiej, żebym nie przesadzał z tym fantazjowaniem, bo jeszcze za mocno zacznę i w ogóle nie dobiegnę do mety…”

I tak bite 4,5 miesiąca, prawie dzień w dzień! Może właśnie uznaliście mnie za świra, ale tak już mam, że gdy obieram jakiś cel, to poświęcam mu większość swojej uwagi. W miarę upływu czasu i kolejnych treningów wymarzona bariera coraz bardziej się obniżała. Ale… „Czy ja nie trenuję za mocno? A może biegam tak szybko na treningach, bo praktycznie nie przekraczam 25 kilometrów, a gdy przyjdzie mi pobiec 42,195, po prostu nie dam rady? Może na maratonie braknie mi wody lub jedzenia? Przecież to tak daleko od domu, nikt nie pojedzie ze mną, żeby mi pomóc… Może jednak pobiegnę na te 3:30 dla świętego spokoju, a rekordy będę bił podczas kolejnych startów? Bo 3:30 to na pewno dam radę. Raczej…”

To na prawdę było stresujące! Teraz już wiecie, skąd we mnie ulga? Ukończyłem maraton, mam życiówkę, mam już do czego równać! Jest mega! Ale po kolei…

Mniej więcej w połowie przygotowań w moje treningi wplotła się wyprawa rowerowa z Łodzi do Berlina. Szczerze mówiąc, w jej trakcie biegało mi się świetnie. Wtedy też właśnie wygrałem mój pierwszy w życiu bieg – 5-kilometrowy Parkrun w Gdyni. Po powrocie jednak (równo miesiąc przed startem) zaczęło się dziać coś niedobrego. Problemem stało się utrzymanie tempa 5 min/km! „Przecież ja nie złamię nawet 3:30! Na pewno się przetrenowałem! Po co mi to było?! Teraz już nie zdążę wypocząć! Cały wysiłek na marne!”.

Tak się przestraszyłem, że w ramach ratowania resztek sił, które mi zostały, odpuściłem nawet jeden trening!!! Na szczęście wmówiłem sobie, że to musi pomóc! No i pomogło. Szybko wróciłem do biegania tego, co przed podróżą, a 1,5 tygodnia przed maratonem zacząłem wręcz przechodzić sam siebie! Dopiero wtedy podjąłem też ostateczną decyzję, na jaki czas będę biegł. Późno to raz, a dwa, że przed gdańskimi zawodami moim najdłuższym przebiegniętym dystansem było jedyne 30 kilometrów, więc tak na prawdę błądziłem po omacku…

Zdecydowałem się na najlepszy możliwy czas, jaki tylko byłem w stanie sobie wyobrazić, po czym zapisałem go na kartce (tak robił Michael Phelps przed wszystkimi ważnymi zawodami). Następnie pozwoliłem tej liczbie zdominować moje myśli. Była wszędzie, a każdemu, kto pytał, mówiłem właśnie o niej. Zapisywałem ją we wszystkich możliwych miejscach i na wszelkie możliwe sposoby, patrzyłem na nią tak długo, aż wryła się w moją podświadomość na stałe. 3:09:58, 3:09:58, 3:09:58, 3:09:58, 3:09:58… Dość, żeby nie powiedzieć przesadnie, ambitnie jak na debiut, ale co tam?

•••

       Stanąłem na starcie. „Ale jazda! To już zaraz!”. Pogoda idealna, sporo kibiców, kolega na rowerze do pomocy (dosłownie spadł mi z nieba!), w pokrowcu na telefon szczęśliwy talizman od przyjaciółki… To musiał być mój dzień. Ale od początku nie był. 11 sekund straciłem na samo dopchanie się do linii startu. Może to i normalne, ale kurde! – przecież teraz muszę pobiec 3:09:47! Po kilometrze zauważyłem też, że nie działa GPS i od tego momentu kontrolowałem czas jedynie sprawdzając na telefonie, która jest godzina („no chyba wystartowaliśmy równo o 10.00?!”).

      Od początku biegło mi się bardzo dobrze, przez co też za szybko. Po 10 kilometrach miałem (tak mi się wydawało) 1,5 minuty zapasu. „A może ja pobiegnę 3:05?!” – mówił cichutki głosik w mojej głowie. „A może po 30 kilometrach wsadzą mnie do karetki?” – odpowiadał inny.

      Byłem zaskoczony tym, jak wiele miałem czasu na myślenie. Było to rożne myślenie – takie „o wszystkim i o niczym”, o maratonie i jak to będzie, przeliczanie czasu na bieżąco, rozglądanie się po okolicy i podziwianie („Jakim cudem przebiegam obok adresu Aleja Niepodległości 860?!”). Była to też rozmowa z kolegą, który jechał obok rowerem i dbał o mnie, jak gdybym był co najmniej Dalajlamą… A w uszach cały czas leciał jeden zapętlony i sklejony w ponad 3-godzinnego seta kawałek! Tak spokojnie było jednak tylko w pierwszej części dystansu (2 minuty zapasu na półmetku!).

       Od pewnego momentu umysł zaczął się rozłączać. Podbiegając pod wiadukt gdzieś w Gdańsku miałem wrażenie, że w Gdyni byłem co najmniej wczoraj, o ile nie tydzień temu. Zaraz… a czy ja w ogóle biegłem przez Sopot? Wyszło słońce i robiło się coraz cieplej. Przed 30. kilometrem mijałem wiadukt, na którym bardzo dobrze było widać tych, którzy byli przede mną (Kurcze, wcale nie ma ich aż tak dużo! Żeby tylko wytrzymać to tempo!).

      Biegłem sam, od czasu do czasu wyprzedzając pojedynczych biegaczy. Na 32. kilometrze dogoniłem pana w charakterystycznej żółtej koszulce, która majaczyła mi w oddali od samej Gdyni. Było naprawdę dobrze! 35. kilometr osiągnąłem z jednominutowym zapasem, ale następujący po nim odcinek był zdecydowanie najdłuższymi pięcioma kilometrami w moim życiu. Upał, zmęczenie, głód, pragnienie, mijani ludzie nadciągający z naprzeciwka na czas ponad 4:30… Tylko, że większość z nich szła! Dlaczego oni mogą iść, a ja muszę się tak nieludzko męczyć?! Przecież 35. kilometr był z tydzień temu! Gdzie do cholery jest 40.? Kończy mi się tak ciężko wypracowany zapas czasu! Dlaczego ja to robię?!

     „Nooo! Jest nareszcie! Dajcie mi wodę! Nieeee, nie chcę kubka, przecież się zakrztuszę! Daj mi butelkę!!! Cholera, mam minutę straty! Co teraz?! Jak ja się pokażę w domu?”

        Wiedziałem, że nie mogę się poddać tak blisko mety, że muszę walczyć do samego końca. I walczyłem. Nie odrabiałem jednak strat, cały wysiłek wkładałem w to, aby ich jeszcze nie powiększać.

     Umierałem tak sobie powoli, gdy nagle… pod stopami zmienił mi się grunt. Nigdy wcześniej nie zauważyłem, abym na kostce brukowej kręcił jakieś wyjątkowe czasy, dlatego śmiem twierdzić, że to nie ona, a niesamowity tłum zebrany w Gdańsku spowodował to, co stało się potem. Dosłownie odfrunąłem! Nie czułem już bólu, czułem tylko radość – nie wiem skąd, ale wiedziałem, że osiągnąłem zamierzony czas. Ahh! Gdybym ja był w stanie przebiec tym tempem cały maraton! Trójka Kenijczyków (ciekawe, czy siedzą już w samolocie do Nairobi, czy może jeszcze czekają na odprawę na lotnisku…) nie mogłaby być wtedy taka pewna swego tryumfu. No ale cóż, dobry i ostatni kilometr! Wyprzedziłem jeszcze parę osób, po czym wpadłem na metę, lądując zaraz za nią na ziemi.

   

Podczas akcji ratowniczej nad moją skromną osobą dostałem SMS’a: Nieoficjalny czas 3:09:43. Ale odlot! Zrobiłem to! Jeszcze szybciej, niż planowałem!

      Potem okazało się, że był to czas netto. Czas oficjalny to 3:09:54.95. Pomyliłem się o 3,05 sekundy!

      Okej! Phelps zazwyczaj trafiał co do jednej setnej, ale on ustalał swoje czasy na rok, a nie na 10 dni przed zawodami, spełniłem się więc w stu procentach!

•••

XX GDAŃSKI MARATON SOLIDARNOŚCI

DYSTANS: 42,195KM

CZAS: 3H 09MIN 54,95SEC

ŚREDNIE TEMPO: 4:30,055 MIN/KM

MIEJSCE OPEN: 32/877

MIEJSCE W KATEGORII: 6/115

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *