Doba z życia maratończyka

3:40 – Przebudzam się. Szybki ruch ręką w stronę zegarka! – Ufff… Mam jeszcze czas. Za ścianą gra muzyka – ta sama piosenka, co przez cały wczorajszy dzień – to współlokator nadal nagrywa płytę, nieźle! Ja jednak mam do budzika jeszcze ponad godzine, więc wracam do świata snu.

4:50 – Dzwoni pierwszy z trzech ustawionych budzików. Natychmiast go wyłączam, dezaktywuję pozostałe dwa, chwytam butelkę z wodą ze stolika nocnego, zrywam się na równe nogi i wybiegam z pokoju. Na korytarzu spotykam drugiego współlokatora, który właśnie wrócił z imprezy. Rzucamy sobie krótkie „Olá”, po czym zamyka się w pokoju, zostawiając mnie samego w ciemnym korytarzu z butelką wody w ręku. Apropo… Na cholerę mi ta woda?! Wracam do pokoju aby ją odstawić, za oknem ciemno…

5:00 – Wypadałoby coś zjeść… W końcu po coś nagotowałem sobie wczoraj wieczorem tę tonę makaronu, która teraz złowrogo spogląda na mnie z miski… Ale mi się tak bardzo nie chce jeść!!! Połowę wciskam w siebie na siłę, drugą połowę pakuje do pojemnika, a pojemnik do plecaka. Wszystko przygotowane wczoraj, więc za wiele nie muszę myśleć (całe szczęście, bo dziś mi to ewidentnie nie wychodzi).

5:40 – Zamykam pokój na klucz (wyjątkowo, normalnie tego nie robię) i wychodzę z domu. Brrrrr!!! Zimno jak nie wiem, dobrze, że wziąłem rękawiczki! (Powiecie, że 11°C w listopadzie o 6 rano to nie zimno, ale jednak już dawno nie widziałem nic poniżej 20, więc robi to na mnie wrażenie!) Na stację mam daleko, więc postanawiam potruchtać (miał mnie odwieźć współlokator od płyty, ale coś tam, coś tam, samochód, kolega, Lizbona…).

5:48 – Dobiegam do Katedry Aveiro, starczy tego dobrego, resztę sobie przejdę, już mi cieplej…

5:56 – Już ostatnia prosta na drodze do stacji. Za mną idzie jakiś nawalony koleś. No trudno, chyba będzie w stanie zrobić mi zdjęcie? Nawet, nawet mu poszło 😛

6:00 – Gasną latarnie, choć nadal jest ciemno jak w d…. nocy. Uffff!!! Fota w ostatniej chwili, całe życie na krawędzi! 😀

6:07 – Wsiadam do pociągu, jestem pierwszy…

6:19 – Ruszamy na szczęście zgodnie z rozkładem.

6:35 – Robie się głodny. Zjadłbym makaron, no ale jeszcze 3,5h do startu, za wczesnie, musze wytrzymać chociaż do 7:15…

6:38 – KU***!!!! Przecież są 2,5h do startu!!! Ostatni moment na żarcie!

6:50 – Po lewej wyłaniają się pierwsze promienie słońca (siedzę tyłem do kierunku jazdy, więc spokojnie! Prawa fizyki zachowane! :D). Po prawo szumi ocean.

7:05 – Pora zmienić skarpetki, okleić stopy plastrami i przyodziać moje dwie Pumy :3

7:18 – Zostało 7 minut jazdy, to w sumie zdarzę jeszcze okleić górę i założyć koszulkę…

7:25 – Wysiadam z pociągu, szybko na ostatnią toaletę i 1,5 km z buta na start.

7:55 – Jestem na miejscu, idę posadzić tyłek na ławkę.

8:00 – W pobliskim kościele biją dzwony. Zaczynają się też pojawiać pierwsi kibice 😉

8:15 – Jednak toaleta na stacji nie była ostatnia! :O Gdzie tu jest WC?!

8:30 – Ok, już przebrany i gotowy, oddam tylko ciuchy do szatni, i będę miał czas, by się rozgrzać…

8:35 – Ja pierdziele, co za dziki tłum! Gdzie ta szatnia?!

8:38 – Pytam ochroniarza mojej strefy o szatnie. Każe iść dalej. Dobrze, że strefa jeszcze prawie pusta, tylko paru ludzi truchta w niej dookoła. Zaraz wrócę i ustawię się z przodu!

8:40 – Pytam ochroniarza strefy elity o szatnię. Gdy uswiadamiam sobie co mi pokazuje, i gdzie to stoi, do głowy przychodzi tylko jedna myśl… „Dobrze żeście ich kurde w Lizbone nie ustawili!!!!!!”.

8:43 – Spoko, 10 minut na rozgrzewkę… -,- Pędzę do strefy!

8:46 – Yyyyyyy… Chyba jednak rozgrzeję się poza strefą…

8:48 – Oj jak to dobrze, że tu rośnie ten krzak!

8:50 – Pora wejść do strefy, dobrze, że pilnowałem diety, może się jeszcze zmieszczę…

8:51 – I tak mnie tu nie znają! Pcham się na chama! 😀

8:52 – Ok, mam satysfakcjonującą pozycję, zaczynam rozgrzewkę w miejscu…

8:53 – [z głośników] Są dziś z nami 537484 Anny!!! Gratulujemy, jest Was najwięcej!!! CO MNIE OBCHODZI NA 7 MINUT PRZED STARTEM ILE JEST TU ANN?!?!?!

8:54 – To miło, że panów o imieniu João też jest dużo, ale jednak włożę już w uszy słuchawki…

8:55 – Zabierają barierki oddzielające strefy! Pierwszy sprint dzisiejszego dnia za mną, można powiedzieć, że wygrany, startuje na równi z pacemakerem na 3h!

8:56 – Ile tu jest ludzi! Końca nie widać! :O

8:57 – Włączę już Endomondo, i tak na bank GPS nie załapie, ale niech se leci… Dobrze, że tym razem mam też stoper na ręku.

8:58 – O KURCZĘ!

8:59 – O KURDĘ!!

8:59:30 – O KUUUUUU*WA!!!! (Po portugalsku to znaczny zakręt, nie myślcie, że jestem taki wulgarny! :P).

9:00:00 – KABOOOOOOOOOM!!!!! Świat się dla mnie wyzerował…

0:00:01 – Grzecznie czekam na choć milimetr miejsca przede mną…

0:00:12 – Pierwsza biała linia na drodze dzisiejszego dnia osiągnięta! Od chwili minięcia startu liczy mi się czas netto.

0:00:15 – Slalom między ludźmi! I to dosłownie! Schylanie się, przeskakiwanie, wciskanie między kogoś, a barierkę, mijanie na milimetry fotografa… Jak ja nie lubię tłumów!!!

0:00:25 – Uff, trochę powietrza i luzu na drodze. Patrzę za siebie i jest dobrze, balonik z napisem 3:00 ma do mnie jakies 30 metrów, a akurat zaczął się podbieg, więc nie muszę się na nim forsować.

0:00:45 – Balonik mnie dogania, a ja grzecznie zajmuję swoje miejsce za nim.

0:02:00 – Denerwuje mnie to, że co chwila dostaję tym balonem po głowie! Mam to znosić przez całe 3 godziny?!

0:04:14 – Co jest grane? Powinniśmy być już na pierwszym kilometrze!

0:04:30 – Nie no, aż tak wolno nie biegniemy, musiałem przeoczyć tabliczkę…

0:08:28 – Pacemaker z klasą!! :O 2 km mijamy z dokładnością co do kwadrylionowych części sekundy! 😀

0:10:00 – Jaki tłum! Co chwila muszę zmieniać rytm biegu, by na kogoś nie wpaść. Czasami sie nie udaje… Czasami też podkopują mnie ci z tyłu.

0:13:00 – Jakiś dziadek coś do mnie nawija. Dziadku, po pierwsze mam słuchawki w uszach, po drugie właśnie biegnę maraton, a po trzecie raczej nie mówisz po polsku, a jakoś nie mam ochoty wysilać teraz mózgu w celu zrozumienia innych języków. Kiwam głową na znak, że niby rozumiem i na szczęście milknie.

0:20:00 – W oddali widzę już punkt odżywiania na 5. kilometrze. Hura, mogę wreszcie wywalić butelkę z wodą, ktorą targam ze sobą od startu! Kilkadziesiąt sekund odpoczynku dla ręki ^^

0:21:28 – 5 km. No i skończyło się rumakowane drogi Pacemakerze! :p 18 sekund spóźnienia!

0:22:30 – Przebiegam koło mety, w oddali widzę zegar. Sprawdzam z moim stoperem i jest dobrze, czas się zgadza!

0:25:00 – Właściwie to ten Pacemaker ma za zadanie biec na 3:00:00, a nie na mój założony czas – 2:58:28, więc w sumie to nadal mamy trochę zapasu! 😀

8 km – Z naprzeciwka nadbiega czołowa grupa… Co za kolesie! O.o Jest nawet paru białych, dobra nasza!

10 km – 42:39 – Cholera, jak to szybko leci! Dużo szybciej niż w Gdansku!

11 km – Pierwszy dziś nawrót, w takim tłumie to nie lada wyzwanie…

12 km – Nigdy nie biegałem w tak dużej grupie… Na jednym z zakrętów wychodzi na jaw mój brak doświadczenia. Biorę go tak niefortunnie, że ktoś sie o mnie potyka i z trudem utrzymuje równowagę. „Przecież on mnie zabije!!!”. Zwalniam by podać mu rękę w geście przeprosin. Chyba przyjął skoro jeszcze żyję… 😀

13 km – Jak mi się lekko biegnie! Może przyspieszę? Nie no nie mogę! Założenie było jasne, do półmetka z Pacemakerem a POTEM się zobaczy!

14 km – 59:45 – 1/3 maratonu za mną i czas poniżej godziny! Wszystko się zgadza! Ten sam dziadek znów coś do mnie nawija, ale tym razem ogarniam, że pyta o czas, więc pokazuję mu zegarek. Jego mina mówi sama za siebie – „O cholera jak ja szybko biegnę!”.

14,2 km – Uświadamiam sobie, że biegniemy ławą, na równi z Pacemakerem, a przed nami tylko pojedynczy odważni biegną swoje. Nachodzi mnie myśl, by sprawdzić ile dokładnie osób biegnie w tej naszej grupie. Spojrzenie w tył i… O ku***! 200? 300? No tego się nie spodziewałem!

14,5 km – Trasy się rozdzielają, ci co biegną 16 km skręcają na metę, ci co biegną dalej to… biegną dalej 😀 Dobrze, że ten rozbieg jest w miarę szybko i nie jestem jeszcze zmęczony, bo jakby mi ktoś na 30 km skręcał na metę to bym go gołymi rękami udusił!!!

14,6 km – Rozbieg był na wielkim rondzie, które przebiegłem bardzo po wewnętrznej. Za rondem okazuje się, że zgubiłem Pacemakera. Cholera no przecież nie będę czekał. Cały misterny plan w pi… w piękny sposób poszedł się je… no nie ważne 😀

15 km – 1:04:21 – Jakoś dziwnie te tabliczki chyba mają porozstawiane, ostatni kilometr na pewno był szybszy niż 4:36!

18 km – Bez Pacemakera czuję się jak pies spuszczony z łańcucha! Wyprzedzam coraz to kolejnych biegaczy, cały czas starając się pamiętać, że jeszcze ponad połowa do końca. Ok 50 m przede mną biegnie większa grupka, jeśli ich dogonię, to osłonią mnie od wiatru.

20 km – 1:24:42 – Mam ich wreszcie!

21,097 km – 1:29:23 – Od teraz będzie już bliżej niż dalej! 🙂 Życiówka w półmaratonie jako produkt uboczny, a na prawdę nie czuję w ogóle, żebym coś przebiegł!!! :O Trochę dziwne, ale jestem spokojny, że będę jeszcze dziś wył z bólu… 😉

22 km – Stromy zbieg po kostce brukowej na nadrzeczny deptak z bazarem. Przebiegamy przez niezły tłum, a stragany stoją na wyciągnięcie ręki. A gdyby się tak poczęstować? 😉

22,2 km – Teraz z kolei stromy podbieg po kostce. Zaczynam porządnie zipać. Na szczęście balonik z napisem 3:00, który przed półmetkiem niebezpiecznie zaczął się zbliżać, znów gdzieś znika 🙂 Zaraz za podbiegiem skręt w prawo na słynny most. Bardzo motywujący tłum kibiców neutralizuje silne podmuchy wiatru 🙂

Z chodnika zbiega się w prawo na most.

22,5 km – Zakręt w prawo za mostem i rozpoczyna się najłatwiejsza część dystansu – 4,5 km z góry i z wiatrem.

23 km – Drugie dziś spotkanie z elitą. Jakiś koleś już na tym etapie biegnie sam :O Następny ma do niego jakieś 20 sekund. Nastepny kilometr mija mi na rozmyślaniu, do kiedy mijający mnie z naprzeciwka zawodnicy to cyborgi, a od kiedy zaczną się zwykli, aczkolwiek bardzo wytrenowani ludzie 😉

24 km – Biegnę chodnikiem, by ominąć kostkę. Przebiegam obok piwnic Sandemana gdzie składowane jest Wino Porto i stacj kolejki linowej. Wracają wspomnienia z pierwszych dni w Portugalii, kiedy to byliśmy tu całą studencką ekipą na wycieczce 😉 Dziś jednak nie mam czasu na zwiedzanie, jak ostatnio:

25 km – Jest świetnie! 1:46:25!

27,5 km – Brawa dla pomysłodawcy… Dość stromy zbieg, 180° w miejscu przepychając się z pozostałymi i od zera rozpoczynamy podbieg… Lewe kolano odzywa się już od paru kilometrów, ale zagłuszam je jak mogę. Tutaj na nawrocie jednak nadchodzi punkt kulminacyjny. Potworny ból przeszywa lewą rzepkę. Wydaję niecenzuralny okrzyk, na szczęście nie zrozumiały dla ogółu i pierwsze co przychodzi mi do głowy to „chyba po imprezie”…

27,6 km – Podbiegam pod to cholerne wzniesienie wyjąc z bólu. Schylam się i z całej siły wciskam w zagłębienie pod rzepką palec. Oczywiście cały czas biegnę więc pewnie wygląda to dość komicznie. Nie ważne, ważne, że pomaga. Ból staje się znośny, więc ruszam dalej, już wyprostowany.

27,7 km – Mijam się z balonem, mógłby być dalej, nie ukrywam…

28 km – 2/3 dystansu za mną. Zgodnie z tym co pisałem wcześniej, skoro do tej pory było z góry i z wiatrem, to teraz wiadomo jak jest…

29 km – Zaczynają się poważne problemy, każdy kilometr od teraz będzie już walką z samym sobą. Jak to mówią, rozgrzewka w odpowiednim tempie jest już za mną, teraz zaczyna się maraton…

29,5 km – Skracam trasę we wszystkich możliwych miejscach jak się tylko da. Momentami biegnę przy samej lewej krawędzi jezdni…

30 km – 2:07:23 Sapię jak parowóz, najgorsze za mną (o ja naiwny) – skręcam z powrotem na most. Staram się wmówić mózgowi, że zostało już tylko 10 km, tylko 2 Parkruny… Gdy będę miał 2 do mety to już przecież dobiegnę!

30,3 km – Na moście zaczynam wrzeszczeć na cały głos, to trochę zagłusza ból 😛 Za mostem po lewo widzę (a raczej widziałbym, gdybym był jeszcze w stanie sie rozglądać) ludzi zmagających się z podbiegiem, z którym ja walczyłem około 40 minut temu, a mniej więcej na wprost majaczy w oddali tunel do którego prowadzi dalsza trasa.

30,5 km – Gdyby nie słuchawki, pewnie słyszałbym potężne echo jakie robię drąc się na cały głos w tunelu. Zaczynają mnie doganiać pojedynczy biegacze, ja doganiam innych.

31 km – Nierówna kostka za tunelem, tory tramwajowe i cholera wie co jeszcze, nie ułatwiają walki z kryzysem. Biegnę o około 6 sekund na kilometr za wolno.

32 km – ŚCIANA. Walczę z nią jak mogę każdym najmniejszym mięśniem mojego ciała jednak prawie się zatrzymuję. Kilometr Trzydzieści Trzy jest moim najwolniejszym na całej trasie – 4:38… Ściana Maratońska jest takim nietypowym rodzajem ściany, która stanowi wyjątek od powiedzenia „Głową muru nie przebijesz”. Tą ścianę można sforsować tylko i wyłącznie siłą umysłu, mięśnie w tym momencie nie nadają się już do niczego.

33 km – Zblizający sie balonik nie poprawia nastroju. Następuje maksymalna mobilizacja i przebiegam kilometr w 4:09, doganiając przy tym ludzi, którzy wcześniej mnie wyprzedzali. Nieźle!

34 km – Z naprzeciwka już właściwie prawie wszyscy idą zamiast biec, nawet po mojej stronie drogi mijam paru maszerujących. Jak ja im współczuję! Niestety po chwilowym przypływie motywacji wracam do tempa z przed ściany ~4:20.

35 km – Ja już nie mogę!!! Na dodatek pożerający mnie balonik jest już tylko kwestią czasu…

36 km – Idealnie na tabliczce dogania mnie grupa na 3:00. Z 300 osób zrobiło się 15, ładnie. Teraz jest dwóch Pacemakerów, ale tego z pierwszej części dystansu nie ma, zmienili się na półmetku. Ich prędkość tak bardzo różni się od mojej. Do umysłu dociera informacja pod tytułem „PORAŻKA”.

36,001 km – NIE MA TAKIEJ OPCJI! BĘDĘ BIEGŁ ZA TYM CHOLERNYM BALONEM DOPÓKI SIĘ NIE PRZEWRÓCĘ!!!!

36,5 km – Nie jest tak źle, w kupie raźniej!

37 km – Super się czuję, a do mety już tylko jeden Parkrun! ZROBIŁEM TO!!!

37,5 km – Podbieg. Na tym etapie biegu to prawdziwa chwila prawdy. Umysł chce ale nogi już nie mogą. Balon się oddala.

37,7 km – Zbieg. Muszę ich dogonić!

38 km – 4 km do mety, a ja biegnę znów w tej grupie!

39 km – Ja to na prawdę zrobiłem! Teraz już nic nie może mnie zatrzymać!

40 km – 2:50:38 – Mam jeszcze ponad 9 minut! Jestem już pewniakiem!

40,8 km – Dobiegamy do ronda na którym uciekłem Pacemakerowi. Ostry zakręt w prawo i… Dlaczego tak blisko mety jest podbieg?! Chcę, bardzo chcę dotrzymać tempa grupie ale niestety, nogi są sztywne. Jeden z Pacemakerów zwalnia trochę by mnie zmotywować, ale niestety to nie motywacji mi teraz brakuje…

41 km – Jestem maksymalnie 15 m za balonikiem, walka trwa!!!

41,5 km – Mózg się wyłącza, nie wiem gdzie jest balon, nie wiem co sie dzieje. Zostaję na drodze sam. Wyjmuję sluchawki z uszu, aby slyszec doping tłumu, który jest coraz większy. Spoglądam też nerwowo na stoper. Wydaje mi się, że zdążę, zaczynam wyjmować z kieszeni wielką flagę Polski.

41,8 km – Już mam ją w dłoniach. Stoper mówi, że zdążę!

42 km – 2:59:30! – Na pewno już się udało! 100 m do zakrętu w lewo na ostatnią prostą!

42,1 km – Pokonuję ostatni zakręt, przekonany o sukcesie! Powoli wyłania się zegar!

42,140 km – Pojawia się zegar… 2:59:55! Nie możliwe!!! Źle im chodzi! Patrzę na swój…

42,150 km – 2:59:57… Nie wierzę…

42,160 km – 2:59:58, 2:59:59, 3:00:00…

42,170 km – Nie ma słów opisujących uczucia sportowca w takim momencie. Postanawiam wydobyć z siebie mimo to wszystko, co pozostało.

42,180 km – Finiszuję na maksa, czując, że nogi mam już drewniane.

42,188 km – Ostatnie spojrzenie na zegar – 3:00:05. Nogi nie nadążają za głową, tracę równowagę…

42,193 km – Ja latam!

42,195 km – Szorując kolanami po szosie przekraczam metę. Czas oficjalny 3:00:07

42,196 km – Leżę załamany wzdłuż linii mety nie mając siły się ruszyć, po jakimś czasie (nie mam pojecia jakim), 3 lub 4 ludzi podnosi mnie z ziemi i sadza na wózek inwalidzki.

      Leżę tuż za metą w poprzek drogi i nic, ale to nic mnie już nie obchodzi. Wiem tylko, że spóźniłem się o 5 sekund (później okazało się, że o 7). Nie miałbym pojęcia ile czasu minęło, zanim 3 lub 4 osoby podniosły mnie z ulicy i posadziły na wózku inwalidzkim, ponieważ czas dla mnie stanął o 12:00:07, ale zatrzymany już na wózku stoper z czasem 3:02:12 mówi, że sprawnie im to poszło. Jeden z wolontariuszy postanawia mnie dobić i zaczyna do mnie gadać po angielsku (nie cierpię tego języka!).

      Bardzo kiepsko pamiętam całą sekwencję zdarzeń od tego momentu. Przed oczami mam urywki: bełkoczę coś po portugalsku, na moją głowę wylewa się strumień zimnej wody, następną butelkę wciskają mi do ręki i każą pić. Nagle uderza mnie fala głodu. Ale nie takiego normalnego, jaki jesteśmy przyzwyczajeni czuć w porze przedobiadowej. Nie wiem czy potrafię to w ogóle opisać. Odczuwa się to dosłownie jak cios, cios po którym coś ciężkiego opada na dno żołądka pozostawiając w nim jedynie pustkę. Myśli człowieka skupiają się wtedy na jednej jedynej czynności: „Muszę coś zjeść!”. Przypominam sobie, że na 40 kilometrze chwyciłem pół banana, którego chyba nie zdążyłem zjeść i natychmiast sięgam po niego do kieszeni. Po przygodzie z mety (leżałem na plecach) jest już tylko bananowym musem, ale i tak natychmiast go pochłaniam. Jest odrobinkę lepiej.

      Nie wiem za bardzo co mam myśleć, nadal jestem załamany. Powoli jednak zaczyna docierać do mnie, że brakło mi na tyle niewiele, że być może czas netto będzie poniżej trzech godzin, wszak nie startowałem z pierwszego rzędu. Z drugiej strony przepychałem się od początku bardzo szybko i sprawnie, więc mam świadomość, że decydować będą sekundy, a ponieważ portugalski numer telefonu, który podałem przy rejestracji jest już nieaktualny i nie mogę odebrać SMS’a z moim wynikiem, będę żył w niepewności aż do powrotu do domu.

      Cały czas siedzę na wózku, którym odwieźli mnie trochę na bok, w ręku trzymając skórkę od banana i nie mając pojęcia co z nią zrobić – kosz jest tak daleko… Przypomina mi się o Endomondo – z trudem ściągam opaskę z ramienia. Ku mojemu zaskoczeniu dystans wynosi 42,5 km. Jednak zadziałało! Czas w momencie zatrzymania – 3:10… Teraz z kolei nadchodzi fala zimna – wszak jestem cały mokry. Staram się wykrztusić z siebie, że jest mi cholernie zimno, opiekun mówi mi, że kawałek dalej w namiocie czekają pamiątkowe SUCHE koszulki i proponuje, bym tam poszedł. Stwierdzam, że to dobry pomysł i podnoszę się z wózka…

      – Aaaaaaaaau!!!!! – Nie ma takiej opcji! Uda wręcz płoną przy próbie jakiegokolwiek ruchu… Pytam opiekuna czy mógłby przynieść mi koszulkę, ale niestety trzeba odebrać osobiście. Hura! Czeka mnie wycieczka wózkiem! :3

      Jadąc upuszczam opaskę na ramię z telefonem i odtwarzaczem MP3 w środku. Rozpaczliwie macham za nią ręką wisząc jak szmaciana lalka na poręczy wózka. Wracamy po moją zgubę, a potem już bez większych przeszkód (jedynie jeden wysoki krawężnik) docieramy pod namiot. Nareszcie śmietnik! Po pięknym rzucie za co najmniej 3 pkt skórka od banana ląduje w koszu. Pani pyta o rozmiar, czego kompletnie nie ogarniam… „A to są różne rozmiary?…” :O

      Dostaję worek (hura, tak mi było smutno, że nie było go w pakiecie maratońskim!) z „emką”, ale jest jakiś dziwnie ciężki. Zaglądam do środka, a tam Wino Porto! :O

      Kolejnym nadludzkim wyzwaniem z jakim muszę się dziś zmierzyć jest zmiana koszulki. Po kilku próbach zdjęcia z siebie tej z biegu, pasuję. Na szczęście opiekun pyta czy mi pomóc. ” Jasne zią! Jeszcze pytasz?” 😀

      Już przebrany kontynuuję moją wycieczkę wózkiem. Kolejny cel to stoły do masażu. Kolejka na szczęście nie jest jakaś wielka. Od stołów jest już bardzo blisko do tira-szatni, w którym zostawiłem przed biegiem moje rzeczy… Niestety, bo mój opiekun uznaje, że na pewno dam radę tam dojść. Co prawda idzie obok ale nie pomaga mi to ani trochę – nie mogę zginać nóg w kolanach.

Dostaję moje rzeczy z tira i wracam jak zombie do kolejki. Chcę usiąść na chodniku, ale bez używania stawów kolanowych jest to niewykonalne, więc bezwładnie padam na ziemię. Chyba nie wyglądam najepiej bo jakiś starszy pan z kolejki podaje mi ćwiartkę jabłka. Tak, tego mi trzeba, bo właśnie uderzyła mnie druga fala głodu. Przypominam sobie też o proteinowym batoniku, którego miałem ze sobą przez całą trasę, ale jakoś nie było czasu na spożycie, więc teraz czym prędzej go pochłaniam. Potem zauważam, że ten pan raczej nie będzie jadł pozostałych jeszcze dwóch ćwiartek jabłka, więc zagaduję o nie. Nadal jednak chce mi się jeść, więc z trudem człapię do namiotu – cukierni i kupuję 5 pastéis de nata – tradycyjnych, cholernie słodkich portugalskich ciastek:

      Za słodkich… Ale o to mi chodziło, po trzech wymiękam 😀 Pierwszy raz od mety patrzę na zegarek – 13:40. Reszta oczekiwania na moją kolej mija mi na rozmowie z Portugalczykiem, który stoi przede mną (starszy pan od jabłek okazał się jego tatą), facet przybiegł 13 minut po mnie, a stoi przede mną – to wiele mówi. Kiedy przychodzi jego kolej, zaczyna trochę padać, więc przenoszę się pod namiot, kiedy przychodzi moja – z nieba leje się już ściana deszczu i zaczyna grzmieć. Ja to mam szczęście! W połowie przerywają mi masaż, zwijają stół i do widzenia 😀

      Woda jest dosłownie wszędzie! Pamiętam, że przecież ludzie ciągle biegną! Jest dopiero około 14:30 – do limitu jeszcze pół godziny. Przerąbane… Opłaca się szybko biegać, w Gdańsku było dokładnie to samo 😀

Stoję tak pod namiotem czekając na przejaśnienie, by iść na autobus, który dowozi biegaczy na start, gdy nagle… Słyszę język polski! :O

      Język polski usłyszany w tłumie Portugalczyków, 3100 km od Polski nie należy do rzeczy najzwyklejszych, dlatego czym prędzej przedostałem się do źródła dźwięku po czym przywitałem się mniej więcej słowami „Czy ja słyszę Polaków?”. Ufff, nie pomyliłem się! Znaczy, że nie było ze mną tak najgorzej.

      Okazało się że przyjechali z Opola mocną ekipą. Kinga, Gosia, Elek i jeszcze dwóch chłopaków, w tym czwórka z nich ze świeżo upieczonymi życiówkami, a na dodatek Kinga pod szyldem Vege Runners! Swoi ludzie! Szybko pogrążyliśmy się w rozmowie i nim się obejrzeliśmy przestało padać, więc całą, teraz już sześcioosobową ekipą wybraliśmy się na poszukiwania autobusu. Po drodze Elek bardzo utykał, a ja zastanawiałem się czemu idzie w sandałach, w końcu nie było aż tak ciepło. Muszę przyznać, że gdy pozostali powiedzieli mi, że on w tych sandałach przebiegł cały maraton, stwierdziłem, że mnie wkręcają i długo jeszcze podejrzliwie zerkałem na Elkowe obuwie. Ráramuri się kurde znalazł! 😀

      Ostatecznie okazało się, że On naprawdę przebiegł tak maraton i to na dodatek w 3:03h! Szacun kurde, miał prawo utykać!

      Minęliśmy metę (musiało być przed 15:00, ponieważ cały czas docierali do niej kolejni biegacze), przeszliśmy jakieś 500 metrów (po co ustawiać autobus blisko mety? Trzeba dbać by maratończycy rozchodzili obolałe mięśnie -,-) i wraz z milionem innych ludzi zapchaliśmy autobus do pełna. Teraz to poczułem się już zupełnie jak w Polsce!

Jechaliśmy długo. Za długo. 6 godzin temu szybciej tędy biegłem! Na szczęście w miarę upływu czasu wysiadało coraz więcej ludzi, więc pod koniec już nawet było czym oddychać. W pewnym momencie dojechaliśmy do bardzo rozpoznawalnego miejsca w Porto – Ronda Boavista, przy którym mieści się słynna Casa de Música:

      Z autobusu jeden po drugim zaczęli wysypywać się ludzie. Część z nas jednak planowała jechać dalej, wszak w regulaminie było napisane wyraźnie, że autobus odwiezie zawodników NA START… Kierowca niestety był innego zdania, więc nie mając wyboru wydostaliśmy się z autobus wraz z resztą tłumu. Nastąpiła chwila konsternacji – iść pieszo (to cały kilometr!)? znaleźć jakiś autobus? usiąść i płakać?

W najgłębszych zakamarkach mojej pamięci odnalazłem mój pierwszy dzień w Portugalii i podróż z lotniska na stację kolejową. Taaak! Byłem pewien, że po drodze mijaliśmy przystanek „Casa de Música”! Jesteśmy uratowani!

Moja nowa ekipa nie wybierała się jednak na stację, a do hostelu, więc kolejny misterny plan dzisiaj zawiódł. Przekonywali mnie, że trzeba rozchodzić trochę ten bieg, bo w innym razie jutro spadnie na mnie siedem plag egipskich. Kogo jak kogo, ale człowieka biegającego 3:03 w sandałach, w kwestii metod powrotu do życia po maratonie wręcz nie można nie słuchać! 😀 W ten oto sposób rozpoczął się mój 2,5-kilometrowy spacer na stację Porto São Bento.

Nie mówię, że było łatwo, ale pierwszy kilometr, do linii startu jakoś zleciał. Miłe towarzystwo plus ciekawe rozmowy pozwoliły na chwilę zapomnieć problemach z chodzeniem. Tam jednak niestety trzeba było się rozstać.

Korzystając z okazji chcę serdecznie pozdrowić całą opolską ekipę! Fantastycznie, że było nam dane się poznać! Kolejny raz utwierdziliście mnie w przekonaniu, że biegacze to niesamowici ludzie! Przez całą drogę czułem się jakbym był członkiem Waszej ekipy od zawsze i jakbyśmy w szóstkę przyjechali na ten maraton, a nie poznali się godzinę wcześniej pod namiotem masażystów. Bieganie jest czymś cudownym, a każdy start w zawodach to niezapomniana przygoda. Dzięki Wam moja przygoda w Porto była jeszcze bardziej niesamowita, za co serdecznie Wam dziękuję! Mam nadzieję, że jeszcze nie raz spotkamy się na trasie! 😉

Zostałem sam, a do stacji jeszcze 1,5 km. Ból brzucha, głowy i wszystkich mięśni, nieco zagłuszony jeszcze przed chwilą, zaatakował z podwójną siłą. Pierwszą połowę dystansu jeszcze jako tako przybyłem, ale po wyjściu na ostatnią prostą zaczęły się prawdziwe problemy. Niemal się zataczałem, co chwila siadając gdzie popadnie by złapać oddech. Na dodatek kręciło mi się w głowie. Nie pamiętałem, w którym dokładnie miejscu przy ulicy, którą człapałem, mieści się stacja, a przede mną wyłaniał się morderczy podjazd…

      Modliłem się bym nie musiał sie na niego wspinać i na szczęście moje modły zostały wysłuchane – stacja okazała się znajdować na samym dole. Z brzuchem było coraz gorzej. Gdy wreszcie dotarłem na miejsce, nie miałem ani siły ani ochoty na podziwianie ślicznych azulejos, które witają podróżnych wchodzących na dworzec:

      Pociąg miałem za 40 minut – o 17:05. Usiadłem obojętnie na ławce, nie wiedząc za bardzo jak żyć. Miałem butelkę kranówy z dworca, miałem też jeszcze 2 pastéis de nata, ale tak potwornie bolał mnie już brzuch, że bałem się wprowadzić do układu pokarmowego choćby gram czegokolwiek. Pamiętam dziadka, który siedział ze mną na ławce i podejrzliwie na mnie spoglądał, gdy stwierdziłem, że jednak muszę coś zjeść i w sekundę pożarłem moje ciastko. Pociąg nadjechał z 7-minutowym opóźnieniem i wkrótce pędziliśmy już przez bajeczne okolice Porto.

      Mówi się, że żaden mężczyzna nie zniósłby bólu podczas porodu. Nie mam porównania, ale jeżeli jest on jeszcze większy niż to co czułem w pociągu, to szczery respect dla wszystkich matek! Śmiało możecie biegać maratony! 😀

Myślałem, że nie dojadę! Na szczęście miałem wolne miejsca na przeciwko i obok siebie, więc mogłem przyjmować najwymyślniejsze pozy, aby tylko choć trochę złagodzić ból. Niektórzy pasażerowie dość dziwnie na mnie spoglądali, ale nie dbałem o to. Skórcze nadchodziły falami (no czyż to nie poród? 😀 ), korzystając z jednej z przerw między nimi, porozsyłałem SMS’y do znajomych. Była 17:40. Nie trwało to jednak długo, bo kolejna fala przekręciła mnie głową w stronę siedzenia, tak że już nie byłem w stanie dalej pisać. 😀

O 18:19 pociąg zatrzymał się w Aveiro. Wyszedłem przed stację. Było już ciemno. Zrobiłem kilka kroków i złapał mnie tak potworny głód, że zaczęło mi się robić ciemno przed oczmami. Pamiętałem, że niedaleko jest market czynny do 20:00, więc niemal biegiem ruszyłem w jego stronę. Wpadłem do środka, chwyciłem pierwszą nie słodką rzecz z brzegu (slodkiego miałem już na dziś po dziurki w nosie), czyli kiść bananów i pobiegłem do kasy. Nie czekałem nawet, aż kasjerka poda cenę, pierwszy banan prosto z wagi trafił do żołądka. Drugi dołączył do niego 30 sekund później, jak tylko opuściłem sklep.

Spokojnym krokiem ruszyłem w stronę domu, jednak nie było mi dane ujść zbyt daleko. Potrzebowałem więcej paliwa, więc zatrzymałem się na najbliższej stacji benzynowej. 😀 Niestety okazało się, że najlepsze co mają mi do zaoferowania to rogaliki z kremem czekoladowym (BLEEEEEEEE!!!). Mieli też stolik dla klientów, trochę za wysoki jak dla mnie, więc kilka razy omal nie spadłem z krzesła. Ku uciesze sprzedawczyni zresztą. 😀 Zjadłem rogala, dopiłem kranówę i ruszyłem w dalszą drogę.

Z radości z dotarcia na ostatnią prostą, aż cyknąłem sobie selfie 😀

      Po drodze spotkałem jeszcze przyjaciółkę, która stwierdziła, że wyglądam jak śmierć i kazała mi się wynosić do domu i iść spać 😀 W sumie dobra rada, ale wiedziałem, że jeszcze długo nie usnę…

Z hukiem rzuciłem na podłogę materac i bezwładnie na niego runąłem. Było mi gorąco i zimno na raz. Pierwszą rzeczą którą zrobiłem było sprawdzenie wyników w necie. UDAŁO SIĘ! CO ZA ULGA! 2:59:55!!! <3

      Oczywiście nie omieszkałem wrzucić zdjęcia na facebooka 😀 A jak już na nim wylądowałem, to ciężko było zejść. Znajomi wypytywali co i jak, mama wytropiła, że mam już internet, więc zadzwoniła na Skype i tak to sobie zleciało. Sprawidziłem też Endomondo i właśnie wtedy przeżyłem największy szok tego dnia…

Zalogowałem się na stronę i zaraz powitał mnie komunikat, że ustanowiłem życiówkę w maratonie. Coś jednak było w nim nie tak, ale nie od razu zrozumiałem co. Przez natłok wrażeń zapomniałem już jaki miałem tak na prawdę założony cel. 2:58:28 (dla niedowiarków post z 6 października: 2:58:28). Cały plan treningowy wykonałem myśląc o tym czasie, ale sugerując się pomiarami z Endomondo. Jadąc na maraton byłem pewien, że jestem w stanie przebiec 42,195 km w 2:58:28. Logiczne też jest, że nie przebiegłem maratonu najkrótszą możliwą drogą – całość wyszła mi 42,53 km. Możecie więc sobie wyobrazić jak ciężki szok przeżyłem, widząc na ekranie taki oto widok:

      Zatkało mnie. Kolejny raz mój plan treningowy sprawdził się niemal co do sekundy! :O Parę cyferek, a tak bardzo potrafią poprawić humor! Z uczucia porażki z mety nie pozostało już nic. Kolejny raz byłem zwycięzcą! 🙂

Po rozmowie z mamą znów poczułem głód, więc poszedłem wyzerować lodówkę 😀 Na śniadanie zostawiłem sobie keczup i masło 😀

      Wybiła północ a ja dalej leżałem na materacu, w pamiątkowej koszulce, zawinięty w koc. Nie chciałem wchodzić brudny do łóżka, a na prysznic jeszcze wena mi nie nadeszła. Kompletnie się tego nie spodziewałem, ale mi się przysnęło. (Normalnie po tego typu zawodach nie sypiam). Obudziłem się zamarznięty jakoś po drugiej w nocy. Przesiedziałem w letargu jakąś godzinę. Wyrwał mnie z niego współlokator (ten imprezowy jak się domyślacie 😀 ) wracając do domu i hałasując w drodze do łazienki. Skoro on może to ja też! Zebrałem wszystkie siły i około 3:40 udało mi się wykonać ostatnie zadanie tego dnia. 20 minut później leżałem już w wygodnym i mięciutkim łóżku, odpływając powolnie do świata snu.

      Była 4:00, niemal równo dobę temu robiłem dokładnie to samo, w dokładnie tym samym miejscu, oczekując na budzik. Tak wiele się jednak w tym czasie zmieniło…

•••

XI MARATONA DO PORTO

DATA: 2.11.2014

DYSTANS: 42,195KM

CZAS: 2H 59MIN 55SEC

ŚREDNIE TEMPO: 4:15,836 MIN/KM

MIEJSCE OPEN: 190/4041

MIEJSCE W KATEGORII: 49/666

1 thought on “Doba z życia maratończyka”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *