Maraton przez pocztówkę

      Moje dotychczasowe maratony – i w Gdańsku i w Porto – biegłem typowo na czas. Wszystko miałem wyliczone co do sekundy i nie było mowy nawet o chwili zawahania. Co by się nie działo, musiałem biec dalej i to biec utrzymując założone tempo. Niby mówi się, że w bieganiu nie ma czynnika rywalizacji i dlatego jest ono tak wyjątkowym sportem. I to fakt, na trasie kompletnie nie interesowali mnie inni zawodnicy, jednak pozostawała rywalizacja ze sobą i z czasem, więc tak na prawdę nie zaznałem jeszcze czystej radości jaką daje bieganie. Do czasu! 😉

      Około września, zupełnym przypadkiem trafiłem na reklamę maratonu. „Biegnij przez krajobraz prosto z pocztówki!” mówił slogan, a zdjęcia jak najbardziej potwierdzały wyjątkowość tych zawodów. Wiedziałem, że nie jest rozsądne biec 2 maratony w przeciągu miesiąca, ale wiedziałem też, że muszę tam wystartować!

      W ten oto sposób trafiłem na Gerês Marathon w jedynym Parku Narodowym Portugalii – Peneda – Gerês. Były to zdecydowanie najbardziej niesamowite zawody biegowe w jakich zdarzyło mi się jak na razie wziąć udział. Z dala od cywilizacji, we wspaniałych okolicznościach przyrody można było poczuć kontakt z naturą jak rzadko kiedy. Zawody były też dość kameralne – „tylko” 179 maratończyków (łącznie we wszystkich biegach 1000), wszyscy sprawiali wrażenie się znać przez co atmosfera była bardzo sympatyczna i rodzinna. Smaczku dodawał fakt, że organizaotrem imprezy był sam Carlos Sá – zwycięzca legendarnego Badwater z 2013 roku!!! Wow! Ja go poznam! 😀

      Cały wyjazd traktowałem dość turystycznie. Podróż stopem, kąpiele w lodowatym wodospadzie oraz termalnych źródłach w Hiszpanii, piesze wycieczki czy tropienie dzikich koni (ta część wyprawy była równie niesamowita jak sam maraton więc i jej poświęcę nieco uwagi w dziale hitch-hiking) nie sprzyjają skupieniu przed zawodami, jednak nie dbałem o to – cieszyłem się chwilą 😉

      Jednak po wszystkich tych atrakcjach przyszła i pora na bieg. Pogoda wręcz niesamowita – wszak był 30. listopada, a na niebie słońce i 15°C, mimo, że zapowiadano nawet śnieg!

      Przed biegiem ostatnich porad udzielał mi sam Carlos, więc to musiały być dla mnie udane zawody!

      Pierwszy raz mój czas netto i brutto będzie taki sam – staruję dosłownie z białej linii, a Carlos 20 cm ode mnie wita uczestników i trzyma szarfę czekając na sygnał startera.

      BOOM!!! Zaczęło się, zero nerwów, zero stresu, co będzie to bedzie. Nie dbam o czas, a nawet gdybym chciał, nie ma szans – łączne przewyższenie na dystansie 42 km wynosi 1350 m! (Tak to oznacza spore góry 😀 ).

      Do pierwszego zakrętu trzymam się z przodu, w końcu wystartowałem pierwszy. Drugi zakręt jest pierwszym dziś przeżytym szokiem – PIONOWA SZOSA POD GÓRĘ!!! WTF?! Spodziewałem się gór, no ale chyba kogoś poniosła wyobraźnia… Wbiegam spokojnie (pamiętam przecież, że do mety jakies 41,8 km), ale zauważam ze zdziwieniem, że nadal jestem w czołówce. Szczyt, kawałek płaskiego, stromy zbieg (już wiem co dziś będzie najtrudniejsze) i okazuje się, że jestem w najgorszym razie dziesiąty!!! (Sztafety i 13-kilometrowcy biegną z nami więc równie dobrze może się okazać, że z maratończyków jestem np trzeci).

      Okeeeeeeeej… Jednak trzeba będzie się spiąć i powalczyć o dobrą lokatę. Zaczyna się pierwszy długi podbieg. Odrywam się od ludzi biegnących za mną i sam prę pod górę. Tuż przed szczytem dogania mnie starszy pan i opowiada, że jest mistrzem Portugalii weteranów na dystansie 800 m. No nieźle, biegnę tempem sprintera… 😀 Pozujemy do zdjęcia:

      Na szczyt wbiegam 7 wśród maratończyków (7 km – 39 min 50 sec). Tam kolejny szok – wygląd namiotu z jedzeniem. Nie zastanawiałem się w sumie jak to może wyglądać, ale nie sądziłem, że bedzie w formie pikniku! 😀 Mam dosłownie ułamek sekundy na kalkulację za i przeciw zatrzymania się na poczęstunek. Moje rozmyślania wyglądają mniej więcej tak: mam pół butelki wody, 5 km zbiegu i 2 podbiegu do nastepnego namiotu, na bank starczy… W locie chwytam 1/10 banana i nie zatrzymując się zaczynam zbieg, gubiąc mojego nowego znajomego.

      Następne kilometry to coś fantastycznego. Tłumy mijane z naprzeciwka niemal wiwatują na moją cześć! „Força!” krzyczą dodając otuchy, a zdarza mi się nawet usłyszeć „força Polónia!” 😀 Oczywiście też wszystkich pozdrawiam pędząc jak szalony w dół (zbiegi to zdecydowanie nie jest to co tygrysy lubią najbardziej 😀 ). Spotykam też Erasmusową koleżankę z Polski, z którą razem tu przyjechaliśmy. Po dwóch tygodniach biegania zdecydowała się przebiec maraton w górach! :O

      Na dole, na 12. kilometrze jestem z czasem 56 minut. Drugi podbieg prowadzi po głównej (jak na park narodowy) drodze, aż do 17. kilometra, ale wcześniej, na 14. jest kolejny namiot z wodą. Tym razem już zatrzymuję się naładować butelkę wodą, ale po jedzenie nie decyduję się skręcić. Trasa prowadzi cały czas przez las, więc na fajne widoki póki co nie ma co liczyć. 3 kilometry zbiegu, dalej główną drogą i nastepnie skręt w lewo na szlak bez asfaltu rozpoczyna atrakcje wizualne. Najpierw jednak na 20. kilometrze, który obsługują dwie dziewczyny, z ktorymi dzień wczesniej jechaliśmy stopem, zabieram trochę jedzenia i uzupełniam wodę.

      Zmęczenie porzadnie daje się we znaki jednak okolica wynagradza trudy. Po niedługim czasie wybiegam na bardziej otwartą przestrzeń i moim oczą ukazuje się jeden z najcudowniejszych widoków ever! Całkiem poważnie mam ochotę zatrzymać się i nacieszyć oczy! Biegnę jednak dalej zerkając jednak co chwila na fantastyczne cudo natury. W tym też miejscu powoli zaczynaja mnie wyprzedzać maratończycy. 8, 9, 10, 11… Na 11 miejscu jestem wracając na asfalt. Po tej stronie bardzo mocno wieje, do tego stopnia, że drogę blokuje powalone drzewo. Szybko przełażę na drugą stronę i kontynuuję zbieg, jednak chwilę później wyrasta przede mną kolejna ściana, tyle że tym razem jak najbardziej zaplanowana przez organizatorów. Właśnie tutaj pierwszy raz przechodzę do marszu. Zaczynam rozumieć, że dumę należy schować w buty, na takich stromiznach marsz jest zwyczajnie bardziej ekonomiczny a momentami nawet szybszy niż bieg lub raczej próby udawania biegu. :p

      Kolejną atrakcją na trasie jest śliczna górska wioska, niestety z bardzo nierówną kostką brukową i nienajlepiej oznakowaną trasą… Tutaj przydaje mi się znajomość portugalskiego, bo bez pomocy ludzi ani rusz. Szkoda, że nie mam więcej czasu by się rozejrzeć po okolicy, jest naprawdę ekstra, kolejny raz czuję, że mógłbym zamieszkać w Gerês! 😉

      Na 30. kilometrze (2:28h), w budynku jakiegoś muzeum znajduje się kolejny punkt żywienia, a także strefa zmian sztafety. Ponieważ jestem przed większością z nich jest tu spory tłum, który zgotowuje mi fantastyczne przyjęcie połączone z owacjami i motywującymi okrzykami. KOCHAM BIEGACZY!!! I w sumie kocham też Portugalczyków, ale biegacze – Portugalczycy po prostu wymiatają!!! 😀

      Pakuję ile wlezie jedzenia, uzupełniam butelkę wodą, żegnam się i wyruszam na ostatni etap trasy. Po 5 kilometrach podbiegu ma być ostatni już na trasie namiot. Jakież jest moje zdziwienie, gdy ukazuje się on moim oczom niemal natychmiast. Niby do mety powinno zostać 7 km, ale nie chce mi się w to wierzyć. Jestem już na prawdę wysoko, zrobiło się 20°C i słońce porządnie daje się we znaki. Nadal biegnę 11. podziwiając niesamowite widoki. Niezależnie od wszystkiego było warto tu wbiec choćby dla nich!

      Sporo czasu później docieram do drogowskazu Gerês 7 km… Wiedziałem, że coś jest nie tak! Do tego miejsca zużyłem chyba już cały zapas energii przeznaczony na ten dzień. Coraz częstszy marsz przeplatam coraz rzadszym truchtem. O czas nie dbam już od dawna, ale teraz również i miejsce nie jest już takie ważne. „Byleby dobiec!” Wyprzedza mnie jeszcze kilku maratończyków i wieeeeeele sztafet, a ja, mimo, że ostatnie 7 km jest ciągłym zbiegiem, cierpię niemiłosiernie.

      W końcu zostaję sam. Ostatni rzut oka z góry na piękne zbiorniki wodne w dole i wbiegam w las. Na szczęście zrobiło się tam chłodniej. Wiem, że jestem już blisko i chyba tylko to trzyma mnie przy życiu.

      Końcówka trasy jest dokładną odwrotnością początku, co oznacza konieczność zmierzenia się ze znajomą już pionową drogą, tylko tym razem w drugą stronę. Nogi mam już tak sztywne, że nie jestem w stanie biec tak stromo w dół normalnie. Maszeruję, odbijając się od prawej do lewej od domów stojących przy drodze, i łapiąc siatek i ogrodzeń by się nie przewrócić. Z wielką ulgą przyjmuję ostatnie 400 płaskich metrów. Finiszuję sam, z polską flagą rozpostartą nad głową, z czasem 3:35:05!!! Mimo fatalnej końcówki wyszło dużo lepiej niż się spodziewałem! 🙂

      16 miejsce open, 1 miejsce w klasyfikacji U23 oraz pierwszy z zawodników zagranicznych! Fixe! 😀 (spoko po portugalsku).

      Na mecie na każdego czeka osobiście Carlos Sá, gratulując i wreczając piękny drewniany medal.

      Jako, że jestem pewnego rodzaju atrakcją, chwilę później wyłapuje mnie speaker na krótki wywiad. Chce gadać po angielsku, ale przekonuję go na portugalski 😀 Kolejne marzenie spełnione – wystąpienie publiczne po portugalsku! ^^ Potem muszę już tylko oddać czip i mogę dorwać się do namiotu pełnego jedzenia! 😀

      Wyjątkowo jest to pierwszy maraton, po którym nie padłem na twarz zaraz po przekroczeniu mety. 😀 Wręcz jestem w stanie nawet trochę chodzić! Docieram więc do beczki z lodowatą wodą, potem na masaż i powolnym krokiem udaję się do hostelu.

      Tego dnia na pewno mogłem dać z siebie więcej. Mogłem też się lepiej przygotować (od maratonu w Porto, po spełnieniu celu na ten rok, motywacja do treningu nieco spadła). Prawdopodobnie najrozsądniej byłoby w ogóle tam nie startować. Jednak było warto! Niesamowita przygoda, czyste piękno przyrody, które mogłem podziwiać przez 3 dni oraz fantastyczni ludzie, których poznałem (los chciał, że z niektórymi bardzo szybko było mi dane znów się spotkać, ale o tym następnym razem 😉 ), sprawili, że był to jeden z najwspanialszych dni w moim życiu! Czasami warto robić głupstwa! 😀

GERÊS MARATHON

30.11.2014

42 KM 195 M

CZAS – 3H 35MIN 05SEC

MIEJSCE OPEN – 16

MIEJSCE W KLASYFIKACJI U23 – 1

      PS. Wielkie dzięki dla Oli i Amel, które były częścią tej fantastycznej przygody! Dodatkowo dzięki dla Amel za fantastyczne zdjęcia z całego wyjazdu oraz wielki respect dla Oli, która po dwóch tygodniach biegania ukończyła górski maraton z czasem 5:52h!!! Cieszę się, że w jakiś sposób zmotywowałem Cię do spełnienia tego marzenia! 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *