Maratón de Madrid

      Madrycki Maraton był moim czwartym w niezbyt długiej jak dotąd karierze biegacza. Bardzo przydało mi się to skromne doświadczenie, ponieważ pozwoliło uniknąć wiele niepotrzebnego stresu, który towarzyszył mi przy poprzednich startach. Tym razem do biegu podchodziłem ze spokojną głową, mimo, że od samego rana nie wszystko było tak, jak być powinno – szatnia znajdowała się kilometr od linii startu i trzeba było tam biec, aby zostawić rzeczy. Spowodowało to, że dotarliśmy z Jankiem na Plaza des Cibeles o godzinie 8:53, gdy nasz Cajón 1 – pierwsza strefa, był już totalnie pełen. Kolejny raz skorzystaliśmy jednak z karty dodatkowych praw Polaka na wakacjach i wcisnęliśmy się przez szparę między barierkami na prawie sam początek, a po zdjęciu blokady oddzielającej elitę od plebsu przepchaliśmy się jeszcze bardziej, co pozwoliło nam minąć linię startu na 7 i 8 sekund po strzale startera – dobry wynik!

Plaza des Cibeles – miejsce startu

      Niestety nawet przez te 7 sekund zdążyło się przewinąć przede mną paru turystów, których, ku ich ogromnej bulwersacji, musiałem porozpychać. Janek, nie chcąc dolewać oliwy do ognia, przeczekał za nimi i w ten oto sposób się rozdzieliliśmy.

      Pogoda była, wbrew naszym obawom, wręcz idealna – 10-12°C, zachmurzenie i przelotne, delikatne opady.

      Pierwszy kilometr netto wyszedł 3:49, wiedziałem więc, że muszę zwolnić. Na 5-tym kilometrze okazało się, że zwolniłem aż za bardzo – nie trzymałem nawet tempa 4 min/km (20:29). Najgorsze jednak było to, że wcale nie zamierzałem biec aż tak wolno – po prostu czułem sie, delikatnie mówiąc, średnio.

      „Na co ja się w ogóle porwałem?! Przecież tak biegnąc to nawet 3-ech godzin mogę nie złamać!”

      Z drugiej strony zacząłem się już obawiać o mojego partnera z ekipy Ultra „Geniusze” Biegania – początkowo myślałem, że jako bardziej doświadczony z naszej dwójki, przebiegł pierwszy kilometr spokojnie, zamiast się podpalać jak ja, i zaraz mnie dogoni. Czas jednak mijał, a jego ciągle nie było.

      Maraton jednak trwał dalej, a ja z kilometra na kilometr czułem się coraz lepiej. Na 7-mym było już równo 4 min/km, na 10-tym – miałem 39 sekund zapasu. „Byleby tylko teraz utrzymać to tempo!”. Jeszcze przed bramką z napisem 10 znalazłem sobie grupkę z którą biegłem, co było bardzo pomocne – chcąc uzyskać czas poniżej 3 godzin nie można już liczyć na pomoc pacemakera – każdy jest zdany sam na siebie.

Puerta de Europa widziałem na trasie tylko raz – na 5-tym kilometrze,

okazało się jednak, że mijaliśmy to miejsce 2 razy, ale na 8-mym już mi gdzieś umknęło 😀

      Jakoś przed 11-tym kilometrem na zakręcie stali kibice z flagami polskimi i biało-czerwonymi czapkami. Krzyknąłem do nich a oni bardzo zmotywowali mnie do dalszego biegu – miło było usłyszeć polskie słowa między wszechobecnymi „vamos chicos”, „animo”, czy „venga, venga!”

      Do kolejnego punktu pomiaru czasu na 15 km zbliżałem się w wyśmienitym tempie i w dobrym samopoczuciu. Humor poprawiał się coraz bardziej i zacząłem wierzyć, że uda mi się osiągnąć założone minimum. Nie zepsuł go nawet rozwiązany but i konieczność zatrzymania się na kilkanaście sekund – do piętnastki dotarłem po 58:45 min od startu, czyli miałem ponad minutę zapasu!

      Między 15-tym, a 20-tym kilometrem nieco zwolniłem, wciąż jednak biegłem ze sporym zapasem. Dziewiętnastka wypadała na Puerta del Sol – słynnym placu z madryckim niedźwiadkiem i kilometrem „zero” wszystkich hiszpańskich autostrad, a zebrany tam tłum bardzo dodawał skrzydeł.

Na Puerta del Sol wróciliśmy też po maratonie – Km. 0

Następnie wybiegało się pod Pałac Królewski, gdzie na mokrej kostce brukowej trzeba było bardzo uważać, mijając punkt pomiaru na 20-tym kilometrze – jednak i tam zebrała się spora grupa kibiców, która tak mnie zmotywowała, że brakujące do półmetka 1097,5 metra przebiegłem w 3 minuty i 36 sekund! :O Pozwoliło mi to osiągnąć nową życiówkę w półmaratonie – 1:23:04 h.

      Niby wszystko było okej, zapas 1:19 min, dobre samopoczucie, a pogoda cały czas sprzyjała, jednak już w tym miejscu zastanawiałem się, czy będę w stanie drugą połówkę przebiec tym samym tempem – wszak pod koniec miał być jakiś delikatny podbieg… Póki co mijałem jednak 22-gi kilometr i całkiem sympatyczny zbieg, a cały czas trzymałem się mojej, uformowanej już kilkanaście kilometrów temu grupki i wszystko wydawało się pod kontrolą.

Biegliśmy dalej w dół przez jakiś mały parczek, wzdłuż rzeki, której wcale nie było widać i w ten sposób bardzo szybko zleciał czas do kilometra numer 25, na którym jeszcze trochę dołożyłem do mojego zapasu – osiągnięty w tamtym miejscu czas to 1:38:14 h – minuta i 46 sekund przed założonym wcześniej deadlinem.

Dopiero kilometr dalej miało się jednak zacząć poważne biegnie. Na 26-tym kilometrze usytuowany był skręt w prawo do słynnego Casa de Campo. Niby całkiem fajnie – drzewka, ptaszki, jezioro (dopiero kilka dni później dowiedziałem się, że je okrążaliśmy), jednak dla mnie osobiście liczyło się tylko to, że teren stawał się coraz trudniejszy. Początkowo delikatnie, ale już pierwszy łagodny podbieg rozdzielił naszą grupkę – każdy biegł już swoje. Za jeziorem był nawrót i bramka sprawdzająca czy nikt nie „ściął” trasy, którą ja wziąłem w pierwszej chwili za trzydziestkę, w końcu 29 już mijaliśmy i to jakiś czas temu… Jakież było moje rozczarowanie, gdy dopiero ok. 500 metrów dalej minąłem tabliczkę 29! Pomyliłem się przy liczeniu! A taki byłem zadowolony z czasu… Prawdziwe 30 km osiągnąłem po 1:59:19 – zapas spadał, ale wciąż istniał, a wydawało mi się, że najgorsze już za mną. Gdybym wiedział jak bardzo się myliłem!!

Casa de Campo

31-szy kilometr zostawiłem za plecami… Delikatnie skręciłem w prawo i… WTF?! Ściana to mało powiedziane, takich podbiegów to ja się mogłem spodziewać w Gerês, a nie w Madrycie! Obstawiam, że 32-gi kilometr był najwolniejszym dla wielu zawodników, a dla mnie był początkiem końca marzeń o wykręceniu średniej prędkości powyżej 15 km/h. Do przedostatniego punktu kontroli zlokalizowanego na 35-tym kilometrze dobiegłem co prawda jeszcze z zapasem, ale wobec brakujących do mety 7-miu kilometrów, był on conajmniej śmieszny – 7 sekund…

Chyba nigdy nie zapomnę momentu, gdy gdzieś około 34-ego kilometra, już za Casa de Campo, czyli teoretycznie w „płaskim” Madrycie, biegnąc ramię w ramię z pewnym Hiszpanem wyłoniliśmy się zza kolejnego zakrętu w prawo po czym… On krzyknął „joder!” (czyt. hoder), a ja w tym samym momencie krzyknąłem… „zakręt!”, tylko że… po hiszpańsku 😀 Taki to był maraton… No życiówkom zdecydowanie nie sprzyjał…

Na 35-tym kilometrze zacząłem też się znów zastanawiać co dzieje się z Jankiem. Jeżeli rozłożył siły lepiej niż ja, to powinien w najbliższym czasie mnie dogonić, ponieważ ja już niemal stałem – 4:10, 4:17, 4:26… 38-my kilometr wypadł przy Plaza des Cibeles… Byłem pewien, że stamtąd będą już tylko 2 km do mety, a tu trzeba było biec 2 razy tyle! 4:29, 4:30… Janek na pewno zaraz tu będzie, póki co jednak wyprzedzają mnie inni… 4:46 min/km! 41-wszy kilometr był ostatnim pod górę tego dnia, a tragiczny czas osiągnięty na nim pokazuje tylko, co ze mnie pozostało na kilometr do mety…

Czas już i tak nie miał prawa wyjść taki, jak to miałem założone, ale trzeba było wykrzesać resztki energii – 42-gi kilometr zrobiłem w 4:06, mimo krótkiego postoju na podniesienie czapki, która spadła mi z głowy podczas rozwijania wielkiej polskiej flagi. Miałem ok. 3 minuty w plecy, ale wciąż był to dla mnie bardzo dobry czas, wręcz kosmiczny biorąc pod uwagę, że poprawiałem właśnie życiówkę o 8 minut…

Tuż przed Parque del Retiro lunęło jak z cebra, więc metę przekraczałem całkowicie mokry i mimo wszystko naprawdę szczęśliwy – czas netto 2:51:48 pozwolił mi zająć 109 miejsce pośród ponad 12-tu tysięcy biegaczy, mierzących się tego dnia z madrycką trasą.

W dniu maratonu i moja mina i sam Parque del Retiro wyglądały nieco gorzej 😀

      Generalnie z trasy maratonu pamiętam naprawdę niewiele, byłem tak skupiony na biegu (a potem tak zmęczony), że jedyne na co miałem siłę to wpatrywanie się w asfalt pod nogami – o wielu rzeczach, które mijałem dowiedziałem się od Janka już później. Apropo Janka – zmagał się z podobnymi do moich problemami w ostatniej części trasy i dlatego mimo mojego znacznego zwolnienia, nie dogonił mnie – dobiegł do mety z czasem 2:55:48, łamiąc tym samym w debiucie 3h!

Z mety, przemoczonych, zmarzniętych i niemal sparaliżowanych pozbierała nas wspaniała ekipa ratunkowa w składzie Aga, Aga, Asia i Oliwia, którym należą się ogromne podziękowania, gdyż nie wiem co by się z nami stało, gdyby nie one… DZIEWCZYNY, JESTEŚCIE NAJLEPSZE!!! 🙂

Madrycki Patrol 😀

MARATÓN DE MADRID – PODSUMOWANIE:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *