Najcięższa godzina w życiu

      Ostatni wtorek był dla mnie dniem wyjątkowym – po raz pierwszy w życiu stanąłem na starcie zawodów triathlonowych. Niby żadna to wielka dla mnie nowość – na rowerze zjadłem zęby, biegam już od dwóch lat, a i pływanie, jako trening uzupełniający jest u mnie obowiązkowym punktem każdego tygodnia, jednak nigdy nie robiłem wszystkich tych rzeczy na raz, na dodatek na maxa, więc ten start był dla mnie jedną wielką zagadką.

      Mówi się, że osobie, która nigdy nie przebiegła maratonu nie da się opisać uczuć, które towarzyszą temu wydarzeniu. Debiutancki maraton to coś naprawdę wyjątkowego, a przeżycia i emocje doświadczane podczas jego trwania są czymś niepowtarzalnym i unikatowym. Mimo, że mam już na swoim koncie kilka biegów na królewskim dystansie i każdy z nich jest i na pewno zawsze będzie ważny, nic jednak nie zastąpi wspomnienia debiutu.

      Wydaje mi się, że podobnie jest z triathlonem, i że magia, której doświadczyłem we wtorek w Warszawie może być już nie do odtworzenia. Nie wiem czy się uda, ale spróbuję najlepiej jak umiem podzielić się z Wami tym co wydarzyło się tego dnia. Zapraszam!

      Relację zacząć muszę od tego, że nie był to zwykły triathlon, a wyjątkowa impreza indoorowa zorganizowana przez klub Holmes Place w warszawskim hotelu Hilton. Zawody rozpoczynały się na 25-metrowym basenie, gdzie do pokonania mieliśmy 20 długości, czyli 500 metrów. Następnie przemieszczaliśmy się biegiem na pierwsze piętro, gdzie w sali spinningowej czekały już na nas nowoczesne rowery stacjonarne Tomahawk IC7, na których należało przejechać 20 kilometrów, po czym zostawała już tylko najprzyjemniejsza część rywalizacji, czyli 5-kilometrowy odcinek na bieżni elektrycznej.

      Rekord „trasy” ustanowiony przez jednego z organizatorów – Pawła Skuzę wynosił równe 56 minut i właśnie złamanie tej granicy przyjąłem jako mój główny cel. Start odbywał się w małych grupkach, przez cały dzień – od 6 do 18, więc startując o 11:30 nie miałem pojęcia jakie wyniki osiągną startujący po mnie – jeśli chciałem walczyć o zwycięstwo, musiałem dać z siebie 100%!

      Od samego początku nie było dla mnie tajemnicą, że po pływaniu będę na szarym końcu, ale wiedziałem również, że na bieganiu będę w stanie zniwelować cała stratę z basenu, tak więc o sukcesie zadecydować miał rower, który był tego dnia największą niewiadomą – ostatni raz na siodełku siedziałem ponad 150 dni temu!!!

      Startowałem ramię w ramię z klubowym kolegą Mateuszem – świetnym pływakiem. Plan był taki, aby nie przesadzać i nie zmęczyć się zbytnio w wodzie, tak abym miał siły na późniejszą walkę. Pływanie jest sportem bardzo technicznym, a ja mam świadomość moich olbrzymich braków, więc ile bym nie włożył energii w przebieranie rękami i tak czołówka mi odpłynie.

      Tak też się stało. Wystartowałem niestety dość mocno, ale szybko znalazłem swój rytm -około 1:40 min na 100 metrów. Mati natychmiast znalazł się z przodu i już w połowie dystansu dostałem dubla. Płynąłem jednak dalej swoje, pod koniec jeszcze trochę zwalniając – zapłaciłem za zbyt mocny początek. Przepłynięcie 500 metrów zajęło mi 8 minut 40 sekund i mimo ustanowienia nowej życiówki na tym dystansie straciłem do Mateusza 1:10 min!

      Po wyjściu z basenu zakręciło mi się w głowie. Błędnik przeżył szok tak nagle zmieniając środowisko i położenie ciała. Buty zakładałem kołysząc się od prawej do lewej, walcząc o utrzymanie pionu. Już ubrany pobiegłem schodami na pierwsze piętro, odbijając się po drodze na zmianę od ściany i barierki.

      Przy rowerze czekał już jeden z instruktorów, który miał za zadanie wprowadzić dane odnośnie mojego wieku i wagi. Niecierpliwiłem się bardzo, gdyż cenne sekundy uciekały, ale każdego czekało to samo, więc stres był niepotrzebny. Zmiana trwała 1:20 min i równo z wybiciem 10-tej minuty zawodów zacząłem kręcić…

      Już wcześniej miałem świadomość, że aby pobić rekord trasy będę musiał jechać znacznie ponad 40 km/h. Licznik na początku wahał się między 42, a 45 km/h, ale w miarę upływu czasu amplituda malała, zbliżając się do 44,5 km/h. W momencie, gdy rozpocząłem jazdę, Mati miał już w nogach 800 metrów – trzeba było gonić!

      Kilometry mijały bardzo powoli… 2… 4… 6… Dawałem z siebie bardzo dużo i zastanawiałem się jak długo wytrzymam wysokie tempo, które sobie narzuciłem. Obawiałem się, że nim dobrnę do końca tego etapu opadnę z sił. 8… 10… Dokładnie na półmetku zrównałem się z Mateuszem. Miałem już dosyć, a to była dopiero połowa! Nie mówiąc już o czekającym mnie biegu!

      Częściowo już w trakcie zawodów, ale głównie po nich coś sobie uświadomiłem. Przygotowując się do tego startu analizowałem go na wiele sposobów i brałem pod uwagę wszelkie możliwe czynniki, które moim zdaniem mogły mieć wpływ na ostateczny rezultat. Wydawało się że będzie dużo łatwiej niż na normalnym triathlonie – zero fal i prądów w wodzie, zero problemów z nawigacją, brak oporów powietrza, podjazdów, zakrętów, innych uczestników dookoła… I rzeczywiście było łatwiej pod tym względem, że osiągane czasy były znacznie lepsze, niż byłoby to w zasięgu tych samych zawodników na zewnątrz. Na przykładzie roweru – po 10 kilometrach takiej jazdy w terenie chyba bym z niego spadł a już na pewno nie mógłbym utrzymać dalej tak wysokiego tempa. Tu jednak zaginałem się i dzielnie parłem dalej do przodu, nawet delikatnie przyspieszając.

      Jeden z najważniejszych aspektów takich „laboratoryjnych” warunków jednak pominąłem. Nie wziąłem pod uwagę, że takie okoliczności zawodów znacznie spotęgują wysiłek. Byłem tylko ja i on, w najczystszej formie, bez najmniejszych dystraktorów, bez żadnych innych czynników wpływających na rezultat.

      Niektórzy twierdzą, że powiedzenie „dać z siebie 110%” jest pozbawione sensu, że nikt nie może wydobyć z siebie więcej niż 100. Ja tamtego dnia przekonałem się, że to nie prawda, bo osobiście pojechałem, a potem pobiegłem chyba na 120% – w terenie za nic nie byłbym w stanie dać z siebie aż tyle!

      Tak więc będąc daleko poza granicą strefy komfortu kontynuowałem jazdę, a kilometry dalej mozolnie mijały. 12, 14… Prowadziłem już o kilkaset metrów, a do tego jechałem w butach biegowych, co dawało mi kolejne kilkanaście sekund nad Matim, którego czekała jeszcze zmiana obuwia.

      Do mety etapu rowerowego dotarłem w czasie 27:31 min i natychmiast przeniosłem się na bieżnię (cała zmiana zajęła mi 19 sekund). Przed startem planowałem zacząć od tempa 3:30 min/km, jednak półgodzinne kręcenie pedałami zweryfikowało moje zamiary – podkręcanie tempa skończyłem na 3:45 min/km, ale wraz z czasem poświęconym na rozpędzaniem bieżni pierwszy kilometr zajął okrągłe 4 minuty. Mati rozpoczął bieg 1:55 min po mnie.

      Cały czas kontrolowałem stoper i było widać, że obrane przeze mnie tempo nie pozwoli mi ukończyć zawodów w wymarzonym czasie poniżej 56 minut. Zmęczenie było olbrzymie i bałem się, że jeśli podkręcę tempo braknie mi sił przed końcem i będę musiał awaryjnie zwalniać. Postanowiłem jednak zaryzykować. Obliczyłem, że tempo 3:31 min/km pozwoli mi idealnie zmieścić się w założonym czasie i takie też obrałem.

      Skupiałem się już tylko i wyłącznie na przebieraniu nogami i wpatrywaniu się w licznik, który pokazywał upływające metry. Rachunek był prosty – jeśli wytrwam do końca, ustanowię rekord trasy i najprawdopodobniej wygram całe zawody!

      Nie wiem gdzie znalazłem w sobie ukryte pokłady energii, ale nie tylko wytrwałem do końca, ale na niecały kilometr do mety biegłem już 3:20 min/km, na około 500 metrów dobiłem do 3 min/km, a finałowy sprint wykonałem w tempie 2:48 min/km, czyli 21,3 km/h! Spojrzałem na zegarek. Wskazywał 55:39, UDAŁO SIĘ!

      Osunąłem się na ziemię i najbliższe 4 minuty spędziłem walcząc z odruchem wymiotnym i próbując sobie przypomnieć jak ja właściwie mam na imię. W tym czasie do mety dobiegł Mati, poprawiając swój wynik sprzed miesiąca o prawie 6 minut – uzyskał czas 58:44! Zadanie było wykonane – w wirtualnej tabeli wyników okupowaliśmy 2 pierwsze miejsca! Teraz pozostawało już tylko czekać na startujących po nas zawodników…

      Oficjalne wyniki ukazały się dopiero na drugi dzień późno w nocy. Z wody wyszedłem na 10 tej pozycji, tracąc do lidera 1:37 min. Po rowerze wysunąłem się na prowadzenie, mając minimalną – 8-sekundową przewagę nad drugim zawodnikiem. Na szczęście bieganie to moja działka, więc na bieżni dołożyłem wiceliderowi, który ostatecznie ukończył zmagania jako 5-ty, dodatkowe 6 minut, a i Mati za sprawą wyśmienitego biegu awansował na drugą lokatę i tym samym AkademiaBiegacza.pl S.L. Salos – Wodna Łódź ustrzelił dublet! 😀

      Analizując wyniki zauważyłem jeszcze jedną rzecz. Często słyszy się, że zmiany w triathlonie są „czwartą konkurencją”. Okazało się to w stu procentach słuszne powiedzenie. Co prawda wygrałem z przewagą a tyle dużą, że ewentualne potknięcia w strefie zmian nie mogły mi tego dnia zaszkodzić, jadnak poszedłem nieco dalej i porównałem moje rezultaty z wynikami zwycięzców poprzednich edycji.

      Miesiąc temu osobie z pierwszego miejsca do rekordu trasy zabrakła sekunda! Jedna! Ukończyła z czasem 56:01 Sprawdziłem poszczególne konkurencje i co się okazało? Łączny czas pływania, jazdy i biegu lutowy zwycięzca miał o 26 sekund lepszy ode mnie! Natomiast nasze końcowe rezultaty różniły się o 22 sekundy na moją korzyść. Oznacza to, że mimo iż był ode mnie mocniejszy, to na zmianach stracił w stosunku do mnie aż 48 sekund, co w bezpośredniej rywalizacji zaprzepaściłoby jego szanse na zwycięstwo. Na triathlonie trzeba się pilnować przez cały czas! 🙂

      Chciałbym z tego miejsca serdecznie podziękować instruktorom z klubu Holmes Place – Jakubowi Drożdżowi i Pawłowi Skuzie za wspaniałą organizację tej wyjątkowej imprezy. Było warto wstać rano i przyjechać do Was z Łodzi, aby stać się częścią tego wydarzenia. Robicie kawał dobrej roboty na rzecz popularyzacji triathlonu i warto, aby Wasza inicjatywa docierała do coraz większej liczby osób, a Wasza impreza rosła w siłę, czego serdecznie Wam życzę i obiecuję w miarę możliwości odwiedzać Was częściej! Dziękuję też wszystkim uczestnikom za wspaniałą atmosferę podczas tego cudownego dnia! Do zobaczenia w Warszawie! 🙂

PS. Chodzą pogłoski, że w kwietniu kolejna edycja, więc zainteresowanych zapraszam na stronę Holmes Place po szczegóły 🙂

Zdjęcia: instruktorzy klubu oraz facebook.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *