Oszukać umysł

      Zaczynało robić się coraz cieplej. Była 11:55. Słońce wzbiło się już na taką wysokość, że dawało się we znaki, nieprzyzwyczajonej do niego skórze. Na dodatek zaschło mi w gardle. Na szczęście spiker właśnie zapowiedział, że na trasie pojawi się dodatkowy punkt z wodą i to już na 2-gim kilometrze. Co za ulga! Normalnie biegnąc dychę nie przyjmuję płynów w ogóle, jednak już w tym momencie wiedziałem, że tym razem będzie to zbawienie.

      Zająłem miejsce w pierwszym rzędzie. Z głośników dobiegło do nas odlczanie: 5, 4, 3, 2, 1… START! Biegacze zalali ulice Torunia.

      Przez ułamek sekundy prowadziłem. Trzech zawodników ruszyło jednak takim tempem, jakie ja osiągam biegnąc maksymalnie na 1500 metrów i szybko się oddalili, a ja schowałem się przed wiatrem w formującej się właśnie grupce pościgowej, pamiętając, że aż 24-ech ze zgłoszonych do tego biegu uczestników legitymowało się życiówką lepszą od mojej – nie mogłem szarżować.

      Minęło nas jeszcze kilku zawodników i sytuacja na krótką chwilę się ustabilizowała.

      Od samego rana czułem się delikatnie mówiąc kiepsko, co akurat w moim przypadku jest bardzo dobrym prognostykiem – jakoś nie umiem biegać przy dobrym samopoczuciu… Wyczuwałem, że biegniemy szybko, nie miałem jednak pojęcia jak bardzo! Znacznik z napisem 1 minąłem z czasem 3:18!

      Poszedłem jednak sceptycznie do tej informacji – stwierdziłem, że po 2 kilometrach pomiar będzie bardziej wiarygodny. Chwyciłem jeszcze kubek z wodą, przebiegając przez park przy akompaniamencie fantastycznych kibiców i minąłem kolejną tabliczkę… 6:32!!! Nie tylko biegłem na życiówkę na 10 km, ale także na 5, niesamowite!

      Mimo zawrotnego tempa wcale nie brakowało mi sił – dość stromy podbieg w połowie kolejnego kilometra nie sprawił mi najmniejszego kłopotu, dzięki czemu zyskałem kilka pozycji. Na szczycie czekało na nas rozdroże – za pierwszym razem skręcaliśmy w lewo, na ok. 4,5-kilometrową rundę, za drugim czekała na nas szosa prowadząca prosto na Stare Miasto.

      Zaraz za zakrętem znajdowała się tabliczka z numerem 3. Zwolniłem, ale mój czas wciąż nie mieścił mi się w głowie – 9:58. Wbiegliśmy na wąską ulicę, po raz pierwszy podczas tych zawodów mając wiatr w plecy. Patrzyłem na zegarek i nie dowierzałem, tym bardziej, że wciąż czułem, że mogę przyspieszyć. Jeszcze przed czwartą tabliczką postanowiłem opuścić 3-osobową grupkę, w której się znajdowałem i sam pomknąłem w kierunku mety. 4 kilometry przebiegłem w 13:25, a na półmetku zameldowałem się w czasie 16:45!

      Chwilę później wróciłem do odwiedzonego wcześniej parku i kolejny raz miałem okazję złapać łyka wody. To było to czego potrzebowałem! Na 6-tym kilometrze stoper na mojej ręce wskazywał czas 20:15, coraz bliższa stawała się możliwość zbliżenia się do bariery 34-ech minut! Zaraz za parkiem zacząłem jednak zbierać na siebie cały czołowy wiatr i odniosłem wrażenie, że zdecydowanie zwalniam. Na podbiegu, który poprzednio zapracował na moją korzyść zacząłem dublować ostatnich zawodników, jednocześnie będąc doganianym przez te osoby, które chwilę wcześniej wyprzedziłem.

      Gdzieś tam musiała znajdować się tabliczka z napisem 7, jednak nie udało mi się jej zarejestrować. Minąłem rozbieg i wbiegłem na najtrudniejszą część trasy – potężny wiatr czołowy w bezpośrednim pobliżu Wisły, wzdłuż której prowadziła trasa wydawał się jeszcze mocniejszy. Pocieszeniem był fakt, że kilkaset metrów dalej był nawrót i wichura miała oddać mi choć część z ukradzionych sekund.

      Na profilu trasy gdzieś w tym miejscu znajdował się bardzo stromy zbieg, jednak tak byłem pochłonięty walką z aurą, że w ogóle nie zwróciłem na niego uwagi. 8-my kilometr minąłem w 27:10, co było dla mnie jasnym sygnałem, że bariera 34 minut musi dziś zostać połamana w drobny mak! Było bardzo ciężko, nie miałem już kompletnie siły i zaczynały boleć mnie wszystkie mięśnie, jednak świadomość historycznego niemal jak na moje aktualne możliwości wyczynu powodowała, że niestrudzenie parłem do przodu. Przed nawrotem pierwszy raz miałem okazję policzyć rywali przede mną. Byłem 14-ty, co bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło.

      Nawrót okazał się zbawieniem – tuż po nim ruszyłem jak spuszczony z łańcucha. Znów nie zarejestrowałem stromizny, która tym razem powinna być z mojej perspektywy podbiegiem i byłem już niemal pewny, że na mecie ujrzę na zegarze 33 z przodu. Tymczasem mój stoper wskazywał 30 i pół minuty, a ja nigdzie nie widziałem numeru 9. Gdy wybiła 31-wsza minuta uspokoiłem się, wnioskując, że znów musiałem przegapić znacznik.

      Droga prowadziła delikatnie pod górę, kierując się w stronę Starego Miasta. Ostry skręt w prawo na jej końcu wprowadził mnie przez bramę na starówkę, a następnie błyskawicznie musiałem skręcić w lewo, co było trochę mylące, jednak udało się całą sekwencje przeprowadzić w miarę sprawnie. To co zobaczyłem w połowie prostej na której się znajdowałem kompletnie mnie rozbiło…

      Spojrzałem na zegarek, jeszcze raz przed siebie i znów na zegarek… Kilometr numer 9 minąłem w czasie 31:30, przebiegnąwszy od ostatniego znacznika około 1300 metrów… Cały misterny plan w pi.du! Choć nie do końca… Może to dziewiątkę źle ustawili, a nie wszystkie poprzednie? Całe obliczenia trafił szlag, a ja nie wiedziałem już nic, gnając przed siebie na maksa i nie mając zielonego pojęcia za ile mogę spodziewać się mety.

      Na nic zdał się ostatni kilometr w 3:16 – mój końcowy wynik zarówno netto jak i brutto wyniósł 34:46. Życiówkę poprawiłem o 53 sekundy jednak chyba nie może dziwić, że miałem mieszane uczucia.

···

      Cóż, nie mogę mieć pretensji do nikogo o to co się stało, a wręcz wydaje mi się, że wyszło mi to na dobre. Niesiony świadomością, że zmierzam do osiągnięcia czegoś, jak na aktualny stan trening niesamowitego dawałem z siebie dużo więcej, niż prawdopodobnie byłbym gotów dać od początku walcząc „tylko” o złamanie 35 minut. Cieszę się z osiągniętego wyniku, gdyż z jednej strony pokazuje on, ze wszystko idzie w dobrym kierunku, a z drugiej cała ta sytuacja przypomina mi dlaczego biegam.

      W tym sporcie nie ma przypadku. Nie przegrasz bo ktoś z drużyny zawiódł, sprzęt się zepsuł czy na przykład bila źle odbiła się od bandy przez jakieś zanieczyszczenie. Nie wygrasz po dwóch samobójczych trafieniach rywala bez oddania strzału na bramkę przez cały mecz. Nie przewieziesz się też cały wyścig „na kole”, by wystawić je na mecie i wygrać mimo, że nie byłeś najmocniejszy. W bieganiu wynik mówi o Tobie. Jeśli pobiegłeś 33:45 na 10 km to znaczy, że sam na to zapracowałeś i nikt Ci tego nie dał. I również w drugą stronę. Choćby skały s.ały nie zrobisz na dychę 33:45 jeżeli wcześniej krok po kroku nie osiągniesz tego poziomu. Zero przypadku – tu liczy się tylko czysta moc. Ja na moje 33:45 jeszcze nie zapracowałem, więc nie powinienem dać sobie wmówić, że byłem w stanie je dziś osiągnąć. Spokojnie, przyjdzie czas i na to! 🙂

···

      Jestem zachwycony organizacją. Wiem, że prawdopodobnie moje wymagania znacznie spadły po ostatnim maratonie, jednak tu w Toruniu, choćbym chciał, to nie bardzo byłoby się do czego przyczepić. Wszystko przeprowadzono profesjonalnie, a każdy aspekt zapięty był na ostatni guzik. Widać, że zawody zorganizowane były przez pasjonatów, a na pierwszym miejscu byli zawodnicy – zarówno przed startem o każdym najdrobniejszym szczególe byliśmy bardzo sprawnie informowani, jak i w dniu zawodów, gdzie zrobiono wszystko, by Toruń bardzo pozytywnie zapadł biegaczom w pamięci. Serdeczne dzięki dla organizatorów! Jeśli będę miał taką możliwość, to na pewno do Was wrócę! 🙂

PODSUMOWANIE:

BIEG – 10 KM RUN TORUŃ

DATA – 30.04.2016

DYSTANS – 10 KM

CZAS – 34:46 MIN

ŚREDNIE TEMPO – 3:29 MIN/KM

ŚREDNIA PRĘDKOŚĆ – 17,3 KM/H

MIEJSCE OPEN – 15/1864

MIEJSCE KATEGORIA WIEKOWA – 8/270

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *