Lecimy, nie śpimy!

      To miał być wyjątkowy bieg. Noc, pas startowy międzynarodowego lotniska i ponad siedmiuset biegaczy gotowych, by za chwilę zmierzyć się ze swoimi słabościami. Ale to za chwilę…

       Najpierw trzeba było odebrać numer startowy oraz przejść odprawę celną. Nie ma chyba drugiego takiego biegu, który odbywałby się tak blisko mnie. Wykorzystałem tę okoliczność do maksimum, odwiedzając biuro zawodów nieco wcześniej, a następnie wylegując się do ostatniej chwili w domu na kanapie. Wraz z Jankiem wyruszyliśmy na pole bitwy dopiero około 23:00.

      Po zaledwie kilkunastu minutach spokojnego truchtu dotarliśmy do sali odlotów Łódzkiego Portu Lotniczego, a następnie, jako jedni z ostatnich przeszliśmy odprawę (ostatni będą pierwszymi? 😀 ). Mimo to zostało nam jeszcze około pół godziny oczekiwania do momentu wpuszczenia biegaczy na płytę, odnaleźliśmy więc resztę naszej ekipy z Akademii Biegacza i wspólnie zaszyliśmy się w jednym z kątów.

•••

      Pierwsze dwa miejsca były już właściwie rozdane – Grzesiek i Tomek między sobą mieli rozstrzygnąć ten bieg. Na dodatek obaj są Łodzianami, więc również w kategorii mieszkańców Łodzi na pudle pozostawał tylko jeden wakat (dla mnie?). Co innego wśród bankowców (na stronie pojawiła się informacja, że w tej klasyfikacji uczestniczyć mogą wszystkie osoby zajmujące się „sektorem finansowym”, więc dopisałem się tu rzutem na taśmę, w związku z rozpoczęciem pracy księgowego). Tutaj, mimo obecności takich osobistości jak Pan Jagoda, czy Michał Stawski, interesowało mnie wyłącznie zwycięstwo. W kategorii OPEN po cichutku liczyłem na miejsce 5-te – Janek miał walczyć z Krzysztofem Pietrzykiem o podium i do tej rywalizacji nie planowałem się wtrącać, natomiast głęboko wierzyłem, że będę w stanie dotrzeć na metę niedługo po nich. Czasowo miałem osiągnąć to, co nie udało się tydzień wcześniej w Konstantynowie – 16:30…

•••

      Wejście na płytę to coś niesamowitego. Głośna muzyka, znikome oświetlenie i sporo przedstawicieli mediów, uwieczniających tę chwilę tworzą bardzo podniosłą atmosferę i powodują, że każdy może tu poczuć się jak gwiazda.

Wczułem się 😀 numer 23 (Michael Jordan) zobowiązuje 😀

      Pod sceną ktoś organizuje rozgrzewkę statyczną, natomiast dookoła biega olbrzymia grupa prowadzona przez znakomitego biegacza Piotra Kędzię. Ja jednak, wraz z resztą ekipy wybieram rozgrzewkę indywidualną. Czasu i tak nie ma dużo, a na dodatek krążą plotki, że start będzie przyspieszony, więc wiele ponad spokojne potruchtanie nie udaje się zrobić. Na starcie standardowo pcham się do przodu (tym razem druga linia, przede mną stoją Grzesiek i Janek). Jeszcze kilka podskoków, sprawdzenie wiązania w butach i zaczyna się odliczanie.

•••

      START! Już wcześniej (idąc za sugestią Pana Jagody po biegu w Janówce) podjąłem decyzję, że biegnę bez zegarka, ani telefonu. Czuję, że ruszamy szybko, ale nie mam pojęcia jak bardzo. Pierwsza połowa jest pod wiatr, więc wiem, że aby myśleć o życiówce muszę osiągnąć półmetek z liderami, pilnując, aby wytwarzali oni przede mną tunel aerodynamiczny. Początkowo grupa jest spora, natomiast ktoś wysuwa się przed nią, biegnąc tempem conajmniej na rekord Polski. „Pewnie to jeden z nieznanych nikomu Czechów” – myślę sobie – „Dobrze, że nie jest w kategorii Łodzian”. 😀

      Zwartą grupą wykonujemy nawrót i znajdujemy się już na pasie startowym. Szybko okazuje się, że ów tajemniczy „Czech” jest jednak moim „kolegą z pracy” i chyba niezbyt lubi biegać pod wiatr. Błyskawicznie mijamy reprezentanta Infosysu i pędzimy przed siebie w nieznaną ciemność.

      Po kilkuset metrach uświadamiam sobie, że jakby trochę ucichło za mną. Oglądam się przez ramię i… Jest czarno, nie ma nikogo! Została nas szóstka – czwórka pewniaków, ja i Michał Stawski, który nie dosyć, że jest Łodzianinem, to jeszcze bankierem! Będzie walka!

•••

      Brak zegarka, znaczników na trasie oraz jakichkolwiek bodźców wzrokowych powoduje, że nie mam pojęcia ile już przebiegłem. Wiem, że muszę wytrzymać w czołówce dłużej niż Michał – to powinno wystarczyć, bo gdy przyjdzie mu samemu walczyć z wiatrem straci siły dużo szybciej niż ja, schowany wygodnie w grupce.

      Nie za bardzo dociera do mnie, że już ładnych kilka minut jesteśmy na trasie, a ja wciąż biegnę z ludźmi pokroju Tomka Osmulskiego. „Jak ja to robię?!”.

      Nagle… Michał znika. Oglądam się za siebie, ale już go nie ma – został pochłonięty przez czarną otchłań za nami. Najgorsze jest to, że ta czerń powoduje, że nie mam najmniejszego pojęcia ani o tym kto biegnie za mną, ani nawet jak dużą mam przewagę.

      Półmetek osiągamy w piątkę.

      – Janek, jaki czas? – pytam.

      – Jest źle – wykrztusza.

      No cóż, w takim razie życiówki pewnie nie będzie, ale biegnę dokładnie na pozycji, którą sobie wymarzyłem, więc muszę powalczyć, by dowieźć ją do mety.

      (Na mecie dopiero okazało się, że dla Janka zły wynik na 2,5 km to… 8:07 netto… 😀 ).

      Zaraz za nawrotem wielcy tego biegu zaczynają rozgrywkę. Nie ma już dłużej dla mnie miejsca między nimi. Zostaję sam i dopiero teraz uświadamiam sobie jak pomocny był pojazd pilota przed nami. Teraz kieruję się na czuja, widząc powolnie oddalających się rywali i starając się podążać ich torem. Bardzo pomocni są biegacze, którzy jeszcze nie dotarli do nawrotu – krzyczą i dopingują nas dodając otuchy i energii.

      Co jakiś czas oglądam się za siebie, ale jest to bardziej odruch, niż celowe działanie, bo i tak dosłownie NIC nie widać.

      Biegnę tak już od jakiegoś czasu, jednak nic się nie zmienia – długa prosta droga przez ciemność wydaje się nie mieć końca. „Daleko jeszcze?!”.

      Niby po lewo widać już światła, a do uszu zaczynają dolatywać dźwięki muzyki i spikera, ale nie jestem w stanie ocenić, jak daleko znajduje się ich źródło. W oddali widzę, że Janek z Krzyśkiem zbiegli już na lewą część pasa – to znak, że już chyba blisko! Kilkanaście sekund później również ja przemieszczam się do wewnętrznej strony toru i z niecierpliwością wyczekuję nawrotki. Kawałek dalej (dla mnie trwa on całą wieczność) nareszcie jest! Nie widać kompletnie nic, więc biegnę tylko i wyłącznie na pamięć – wszak kilkanaście minut temu właśnie tu rozpoczynał się bieg. Ostatnie zerknięcie przez ramię (pusto! zrobiłem to!), zakręt w prawo i wyłania się zegar…

Ostatnia prosta (kto mnie znajdzie? 😀 )

      16:11!!!! Widzę finisz Janka i Krzyśka, ale nie jestem w stanie odróżnić kto jest kim. Finiszuję najszybciej jak umiem, bo czuję, że 16:30 jest w zasięgu! Sekundy upływają, a ja jestem coraz bliżej. 28, 29… Wykonuję rzut klatką piersiową na taśmę (specjalnie zapiąłem numer właśnie na niej) i jest! Czas brutto – 16:30, czas netto – 16:28!!!! Nie wierzę w to co się stało!

•••

      Krążę gdzieś za metą trzymając się za głowę i kompletnie nie ogarniając. Bardzo powoli dociera do mnie, że mój ambitny plan wykonałem w stu procentach… 1. miejsce wśród bankowców, 3. wśród Łodzian i 5. OPEN, na dodatek z czasem 16:28! Bajka!

      Niestety okazuje się, że Janek przegrał walkę o podium z reprezentantem Koluszek o 3 sekundy, ale jest to jedyna zła informacja tego dnia. Chwilę później zaczyna się prawdziwy odlot! Najpierw Mati przybiega na 11. pozycji poprawiając życiówkę o prawie 2 minuty! Chwilę później na metę dociera Werka. Jest 3. wśród kobiet z czasem 20:09! Niesamowite! Każdy kolejny członek Akademii dociera do mety szczęśliwy, większość z nowymi życiówkami… Akademia rządzi, tym bardziej, że okazuje się, że bieg w kategorii OPEN wygrał nasz Grzesiek! Jest pięknie! 🙂

3. miejsce wśród Łodzian! 🙂

Tak jak zapowiadałem tydzień temu, moc powraca! Teraz czekają mnie kolejne 2 tygodnie treningów przed ostatecznym wiosennym sprawdzianem formy – Biegiem Ulicą Piotrkowską. Czuję, że będzie POWER! 😀

… i pierwsze wśród „bankowców”! 😀

PODSUMOWANIE:

LCJ Run

DATA – 15.05.2016

DYSTANS – 5 KM

CZAS – 16:28 MIN

ŚREDNIE TEMPO – 3:18 MIN/KM

ŚREDNIA PRĘDKOŚĆ – 18,22 KM/H

MIEJSCE OPEN – 5/717

MIEJSCE KLASYFIKACJA ŁODZIAN –  3/466

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *