Katorga Ulicą Piotrkowską

      Nie mam pojęcia co było powodem tak dziwnej reakcji organizmu, ale tak jak przed 14. Biegiem Ulicą Piotrkowską nie stresowałem się chyba aż od Mistrzostw Świata we włoskiej Offidzie w roku 2010. O ile wtedy stres wynikał z rangi zawodów i był jak najbardziej zrozumiały, o tyle wszystko wskazuje na to, że tym razem po prostu sam sobie niepotrzebnie za bardzo nadmuchałem balonik i prawdopodobnie między innymi to mnie zgubiło… Ale po kolei…

      Na starcie ustawiłem się jak zawsze z przodu, mając nadzieję, że załapię się z jakąś mocną grupą. Cały czas jednak powtarzałem sobie, by nie zacząć zbyt szybko – było gorąco, duszno, wietrznie i już przed sygnałem startera odczuwałem spore pragnienie. Cóż… Elita ruszyła jak szalona. Akompaniowali jej „sprinterzy” walczący o zwycięstwo na lotnej premii, a tuż za nimi popędzili inni, między innymi Janek z mojej ekipy. Bardzo starałem się nie przesadzić, jednak chcąc nie chcąc wpadłem w wir walki…

      Przed pierwszym zakrętem minął mnie jeszcze kolejny klubowy kolega – Łukasz, a ja postanowiłem się go trzymać. Wspólnie zbiegliśmy ulicą Nowomiejską, w kierunku lotnego finiszu. Na kresce przede mną znalazło się 21 osób, a ja boleśnie przekonałem się o tym, że nie wszystkie zamierzały kontynuować bieg tym tempem – jakiś pan dosłownie stanął tuż przed moim nosem, powodując kolizję! 😀

      Zanim pozbierałem się po tym wstrząsie, znacznik z numerem 1 już był za mną. Czas… 3:16, jak zwykle przegiąłem!

      Zwolniłem, wmawiając sobie, że wszystko będzie dobrze, ale chyba już wtedy było pozamiatane. Przez rynek Manufaktury przemknąłem jeszcze co prawda trzymając się Łukasza, ale kawałek dalej już odpuściłem i nim się spostrzegłem, z wszechobecnego tłumu zrobiła się pustka… Nie dobrze, biorąc pod uwagę, że cała Zachodnia była pod wiatr…

      Zmienialiśmy się na prowadzeniu we dwójkę, widząc przed sobą drugą i trzecią kobietę w stawce. Tempo spadło już nawet poniżej założonego na pierwszą część dystansu, nie było jednak jakoś tragicznie. A raczej nie byłoby, gdyby nie fakt, że mimo niezbyt szybkiego biegu z każdym krokiem czułem się coraz gorzej. Obejrzałem się za siebie – niedaleko za mną trasę przemierzali moi główni rywale w kategorii Łodzian oraz studentów – Pan Jagoda, Krzysiek Krygier i Mauratończyk.

      Jeszcze przed ulicą Mickiewicza dogoniliśmy zawodniczki elity i już we czwórkę obraliśmy kurs na Stajnię Jednorożców. Nim po raz pierwszy spotkaliśmy się z Pietryną, znów przekonałem się, że to nie był mój dzień – tym razem jedna z biegaczek podcięła mnie, prawie przewracając. Posłałem jej mordercze spojrzenie, a w tle zarejestrowałem, że goniąca mnie ekipa stopniowo zmniejsza dzielącą nas różnicę…

      Pomiar na 5-tym kilometrze (który notabene był gdzieś na 4,9, ustawiony pod kątem 45° do ulicy – DataSport kolejny raz się popisał), osiągnąłem jeszcze jako pierwszy Łodzianin i pierwszy student (17:09 – miejsce 22), ale prawdziwa walka miała się dopiero zacząć. I wcale nie była to walka o jakąkolwiek kategorię…

      Na kolejnym kilometrze wydarzenia potoczyły się bardzo szybko. Najpierw minął mnie Krzysiek aka Spieszsiepowoli, z okrzykiem „dawaj student!”. „No to daję” pomyślałem sobie, ale utrzymałem się za nim jakieś 50 metrów… Potem przemknął koło mnie Maurycy, dalej Pan Jagoda, a tuż przed punktem z wodą Monika Kaczmarek. Biegłem już tak wolno, że gdyby nie to, że mój czas wciąż liczył się do drużynowki, pewnie zapadłbym się ze wstydu pod ziemię.

      Kubek z napojem miał być dla mnie prawdziwym błogosławieństwem. Nawet przystanąłem na chwilę, by nie udusić się pijąc, jednak na ratunek było już za późno…

      Gdy tylko wróciłem na Pietrynę, tuż za mną pojawił się Marcin z mojej ekipy, w towarzystwie Adama Ciechańskiego oraz Piotra Kędzi. Stwierdziłem, że z nimi to już muszę się zabrać. Czułem się jednak tragicznie – brzuch bolał jak nigdy, było mi gorąco i miałem problemy z oddychaniem, a po przyspieszeniu wywołanym nagłym przypływem motywacji zrobiło się jeszcze gorzej…

      Od tego momentu do samej mety pamiętam już tylko urywki i to na dodatek jak przez mgłę. Marcin biegnąc za mną krzyczał, żebym zszedł z trasy, ja jednak nie chciałem go słuchać i próbowałem przyspieszyć, żeby dał mi spokój. Dostałem tak silnych zwrotów głowy, że nie byłem w stanie biec prosto – zarzucało mnie po całej drodze… W pewnym momencie znalazłem się przy samej taśmie i jeden z biegnących z naprzeciwka panów myślał, że chciałem przybić mu piątkę… Niestety… nie tym razem 😀

      Przekroczyłem ulicę Piłsudskiego i pierwsze co przyszło mi do głowy to wypożyczenie na szybko roweru miejskiego i oddanie go na Placu Wolności 😀 Biegłem jednak dalej odbijając się od kolejnych ogródków i rozpaczliwie walcząc o każdy oddech. Nawet nie wiem kiedy wyprzedził mnie Marcin, wiem natomiast, że jego miejsce w ganieniu mnie za głupotę zajęła Agnieszka Gortel-Maciuk, która mimo, że biegła na wysokiej 5-tej pozycji wśród kobiet, nie omieszkała skomentować mojego dziwnego biegu. Po zawodach podeszła do mnie i z jej opowieści wynika, że na tym etapie (ok 3 km do mety) co kilkaset metrów przystawałem na ułamek sekundy, kuląc się i trzymając za brzuch, po czym wracałem do biegu sprintem, dalej się zataczając.

      Pamiętam, że walczyłem ze sobą, by nie przerwać biegu, bo wiedziałem, że byłby to koniec, nie wiedziałem jednak, że wyglądało to aż tak źle – Marcin na przykład biegnąc za mną odtwarzał sobie w pamięci pierwszą pomoc! 😀

      W końcu jednak również Agnieszka zostawiła mnie za plecami, a ja jakoś ustatkowałem tempo i ostatni kilometr przebiegłem w miarę prostym torem, bez większych przygód. W okolicach Placu Wolności minął mnie jeszcze Kamil z mojej ekipy i o ile się nie mylę, zostałem zupełnie sam.

      Czas w sumie i tak już mnie nie obchodził, ale nie ukrywam, że gdy zorientowałem się, że nie złamię nawet 37 minut, trochę mnie to przybiło. Ostatecznie brutto wyszło 37:03, z ostatnią piątka tempem ~3:55 min/km. 10 kilometrów tylko raz w życiu przebiegłem wolniej...

      Cóż, parafrazując słowa Woodiego Allena – „jeżeli od czasu do czasu nie ponosisz porażki, oznacza to, że nie robisz w swoim życiu niczego wyjątkowego”! Czas się ogarnąć, zmądrzeć (byle nie za bardzo 😀 ) i wrócić do robienia swojego. Jeszcze nie jeden start czeka mnie w tym sezonie, a ja obiecałem sobie, że bez 33 z przodu nie spocznę! 😀 Do zobaczenia na trasie!

Akademia Biegacza – najlepsza ekipa, nie tylko

Biegu Ulicą Piotrkowską, ale i Świata! 🙂

PODSUMOWANIE:

14. Bieg Ulicą Piotrkowską

DATA – 28.05.2016

DYSTANS – 10 KM

CZAS – 37:00 MIN

ŚREDNIE TEMPO – 3:42 MIN/KM

MIEJSCE OPEN – 40/3951

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *