Duathlonowy debiut

      Gdy dotarłem na miejsce zawodów, świeciło ono jeszcze pustkami. Spotkałem jedynie jednego z organizatorów, który wskazał mi drogę do biura zawodów, które jak się okazało mieściło się w innym miejscu niż strefa zmian.

      Trzeba było się sprężyć, gdyż planowałem jeszcze objechanie trasy kolarskiej, co ów organizator mi odradził, ja jednak postanowiłem postawić na swoim.

      W biurze dla odmiany było już całkiem tłoczno. Czym prędzej odebrałem numer startowy i ruszyłem na trasę. Od samego rana czułem się dość kiepsko, natomiast jechało mi się całkiem nieźle, co potraktowałem za dobry prognostyk przed zbliżającymi się zawodami.


      Wiedziałem, że na około 2-kilometrowym odcinku trasy asfalt miał dość wątpliwą jakość, musiałem więc przećwiczyć jazdę tam oraz opracować optymalny tor jazdy. Po 15 minutach byłem już w strefie zmian, gdzie zostawiłem rower, po czym udałem się truchtem na linię startu.

      Na start trzeba było troszkę poczekać, ze względu na drobne problemy techniczne, jednak organizatorzy sprawnie się z nimi uporali i nim się obejrzeliśmy już rozpoczęło się końcowe odliczanie.

      Ruszyliśmy szybko. Chwilę po starcie minął mnie Tomek Owczarek, o którym wiedziałem, że biegowo jest poza zasięgiem, więc nawet nie próbowałem go gonić, jednak oprócz niego przede mną biegło jeszcze trzech zawodników, co było troszeczkę niepokojące. Skręciliśmy z asfaltu w las i… zatkało mnie. Nie dość, że znaleźliśmy się na dość stromym podbiegu, to jeszcze biegliśmy po piachu. co dodatkowo utrudniało zadanie. Nie spodziewałem się aż tak trudnych warunków w biegu organizowanym w centralnej Polsce!

      Utrudnienia na trasie stały się przyczyną selekcji naturalnej. Najpierw odpadł medalista triathlonowych Mistrzostw Europy w swojej kategorii wiekowej na dystansie długim – Henryk Kępiński, a gdy już pokonaliśmy pierwszą górę i trasa się wypłaszczyła okazało się też, że jeden z zawodników z Piotrkowa przeszarżował nieco na tych pierwszych metrach i zaczął tracić dystans.

      Tomka już też nie było widać, więc pozostaliśmy we dwójkę – ja i zawodnik z Bełchatowa i w takim składzie zamknęliśmy pierwszą rundę, po drodze pokonując jeszcze kilka trudnych podbiegów i szalonych zbiegów. Rywal był ode mnie nieco mocniejszy, przez co drugą rundę zacząłem z kilkusekundową stratą.

      Teraz już wiedziałem czego się spodziewać, więc było nieco łatwiej, ale mimo to nie ustrzegłem się drobnych błędów. Dogoniłem bełchatowskiego zawodnika i biegłem nieco przed nim, gdy nagle zza pleców usłyszałem „Tutaj w prawo!”. Obróciłem się przez ramię i rzeczywiście – przegapiłem, mimo bardzo dobrych oznaczeń w tym miejscu, zakręt i znów musiałem odrabiać straty do Bełchatowianina. Do asfaltu dobiegliśmy jednak wspólnie i wspólnie też rozpoczęliśmy poszukiwania strefy zmian, do której dobieg z kolei niestety oznakowany był nie najlepiej. Wspólnymi siłami, nie bez „spinki” udało się ją jednak namierzyć i do swoich rowerów dopadliśmy równocześnie, notując 55-sekundową stratę do Tomka Owczarka.

      Wydawało mi się, że zmiana butów z biegowych na kolarskie trwała całą wieczność, okazało się jednak, że zrobiłem to na tyle szybko, by strefę zmian opuścić jako drugi. Dobieg do asfaltu w butach z kolarskimi blokami nie należał do najprzyjemniejszych, ale już chwilę potem zaczął się najprzyjemniejszy odcinek trasy – 21 km jazdy indywidualnej na czas.

      Spodziewałem się, że będący wyśmienitym biegaczem Tomek może nie czuć się aż tak dobrze na rowerze, jednak minuta przewagi, jaką sobie wypracował była dość sporym zapasem. Rozpoczęła się pogoń…

      Już po kilkuset metrach pedałowania mijałem strefę metową, gdzie doping był wręcz niesamowity i dał mi olbrzymiego motywacyjnego kopa. Starałem się utrzymywać prędkość w okolicach 40 km/h, jednak miejscami nie było to łatwe. Na początku w ogóle nigdzie nie było widać Tomka, ale już w połowie rundy, na jednej z długich prostych zamajaczył mi gdzieś na horyzoncie. w Parznie trasa prowadziła delikatnie pod górę, co spowodowało spadek prędkości nawet poniżej 35 km/h, a już chwilę później znalazłem się na wspominanym wcześniej nieco gorszym odcinku drogi, gdzie również zachowanie zaplanowanej prędkości raczej nie wchodziło w grę.

      W momencie gdy wróciliśmy na dobry asfalt Tomek był już na wyciągnięcie ręki, a jeszcze kawałek dalej, tuż przed zamknięciem pierwszej rundy objąłem pozycję lidera wyścigu. Zegarek wskazywał wówczas przeciętną 37 km/h i już wtedy wiedziałem, że szybciej niestety nie będzie.

      Jechałem dalej swoje, zauważyłem jednak, że Tomek nie zamierzał tanio sprzedać skóry i dzielnie trzymał się w przepisowej odległości za mną. Kilka kilometrów dalej jednak moja przewaga zaczęła się zwiększać i potem właściwie już bez przygód zakończyłem drugą, a następnie 3-cią rundę.

      Od dłuższego czasu wiedziałem, że tylko defekt roweru będzie w stanie odebrać mi zwycięstwo, więc poświęciłem nieco sekund na rzecz ostrożnego przejechania ostatniego „zepsutego” odcinka asfaltu i do strefy zmian dotarłem po 35 minutach i 1 sekundzie pedałowania (średnia prędkość 36,7 km/h).

      Buty kolarskie zdjąłem już w trakcie jazdy, więc do mojego boksu musiałem dobiec boso, jednak pozwoliło mi to zaoszczędzić mnóstwo czasu i właściwie już po kilku sekundach wyruszyłem na ostatni 2-kilometrowy odcinek trasy.

      Nogi zaczynały już dawać się we znaki, ale na szczęście przewaga była tak duża, że nie musiałem ich dobijać. Spokojnie, skupiając się przede wszystkim na pilnowaniu trasy, pokonałem ostatnie leśne podbiegi i kilka minut później dotarłem do asfaltowej drogi, prowadzącej prosto do mety.

      Pierwszy raz w życiu miałem przyjemność unieść do góry taśmę, którą organizatorzy rozpostarli nad linią finishu. Bardzo spodobał mi się pomysł umieszczenia na niej numeru startowego 1, którego na trasie nie miał nikt, a który czekał właśnie tutaj na zwycięzcę! Była to pierwsza, ale nie ostatnia z nietypowych nagród, które otrzymałem tego dnia.

      Zawody ukończyłem z czasem 1:10:08. Około półtorej minuty po mnie dotarł bełchatowski triathlonista, który także zdołał wyprzedzić Tomka na trasie kolarskiej, a jeszcze chwilę później na mecie zameldował się najlepszy tego dnia biegacz we własnej osobie, kompletując podium.

      Pośród wielu nagród rzeczowych, które otrzymałem tego dnia, zdecydowanie jeden przedmiot zasługuje na wyróżnienie. Takich pucharków jak w Ojszczywilku nie ma nigdzie, jak Polska długa i szeroka! Zobaczcie sami! 😀

      Druga edycja Ojszczywilkowego Duathlonu stała na bardzo wysokim poziomie organizacyjnym i mimo kilku drobnych potknięć naprawdę wysoko oceniam warunki, jakie organizatorzy stworzyli nam do ścigania w to sobotnie przedpołudnie. Widać, że są to zawody tworzone z pasją, a fantastyczna atmosfera tylko zachęca do powrócenia tam przy okazji kolejnych edycji! Kto z Was nie był niech żałuje i już teraz śledzi fejsbookowy profil zawodów w oczekiwaniu na informacje na temat następnej odsłony, bo naprawdę warto! 😀

      Fot: Aleksandra Wejman, Monika Kosior, Dawid Pralat

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *