Weekend Niepodległości

      Plan był idealny. Poznań na maksa, na życiówkę, bo będzie wysoki poziom i świetna, płaska trasa, sobota wolna, a w niedzielę już spokojnie, dla uczczenia tego ważnego dnia, w Kielcach, z flagą Polski (przewidziana była oddzielna klasyfikacja dla uczestników z flagą), delektując się możliwością biegania w niepodległym kraju. No chyba, że w Poznaniu coś nie wyjdzie to zawsze Kielce mogą być zapasową szansą na życiówkę. Tylko, że w Kielcach znalezienie 200 metrów płaskiej drogi graniczy z cudem, więc i o rekordy trudno… No ale po co się przejmować? Co miałoby nie wyjść?

      Przed startem 1. Poznańskiego Biegu Niepodległości zadbałem o wszystko perfekcyjnie. Podróż dzień wcześniej, nocleg 200 metrów od startu, ostatni rozruch zgodny z rytuałem – nic tylko bić rekordy!

      Ponad 9000 osób zameldowało się na starcie, a mimo to znalazłem się w pierwszej linii (bardzo szeroki start spowodował, że było w niej dużo miejsca). Wspólnie odśpiewaliśmy jedną (tylko!) zwrotkę hymnu, a następnie padła komenda „na miejsca”.

      Pamiętałem, żeby ruszyć spokojnie, jednak jak zwykle się to nie udało. Niby było trochę w dół ale tempo 3:15, które momentami pojawiało się na zegarku, mimo wszystko trochę mnie zagotowało. Po jakimś czasie udało się jednak ogarnąć i pierwszy kilometr wyszedł w 3:23. Startowałem z zamiarem utrzymania właśnie takiego tempa przez cały bieg, jednak powoli zaczynałem czuć, że coś jest nie tak…

      Biegłem na około 20-tej pozycji i zorientowałem się, że powoli zaczynam spadać w klasyfikacji. Każde kolejne spojrzenie na zegarek przynosiło coraz większe rozczarowanie. Drugi kilometr wyszedł jeszcze jako tako, bo w 3:32, ale potem…

      Coraz bardziej odczuwałem ciężar zjedzonego rano śniadania i mimo, że robiłem co mogłem i przebierałem nogami najszybciej jak potrafiłem, zegarek za nic nie chciał wskazać pożądanego tempa. Trzeci kilometr zajął mi niby 3:45! Pomyślałem sobie – pewnie zgubił sygnał GPS i się zaciął, przecież biegnę szybko! Wymyśliłem, że zapytam kogoś, jakie są wskazania jego zegarka. Obejrzałem się w tym celu za siebie, a tam…

      – Siema – powiedział Mati, który przed startem zakładał czas o 4 minuty (!!!) wolniejszy ode mnie…

      – Stary, co się dzieje? – zdołałem tylko wykrztusić z siebie.

      Wciąż jednak byliśmy w pierwszej 30-tce, więc zdecydowałem, że niezależnie od tego czy to Mati biegnie dużo za szybko, czy ja dużo za wolno, będę mu towarzyszył. Trwało to przez około 500 metrów, a potem widziałem już tylko oddalającą się sylwetkę klubowego kolegi. Jednocześnie w oddali zaczęła majaczyć flaga oznaczająca 4-ty kilometr. Minąłem ją w 14:20 (później okazało się, że flagi ustawione były w cały świat, a ja 4 kilometry przebiegłem tak naprawdę w 14:34). Dalszy bieg nie miał sensu – trzeba było wprowadzić z życie plan B – przeszedłem do truchtu.

      Następne 3,5 kilometra pokonałem w tempie 5:16 min/km, starając się nie zwymiotować oraz nie zatrzymać się. Matę na 5-tym kilometrze minąłem jeszcze jako 80-ty. Potem jednak zaczęły się grupy na określone czasy. W pewnym momencie jednocześnie wyprzedziło mnie około 100 biegaczy! Obstawiam, że była to grupa na 40 minut. 😀

      I toczyłbym się pewnie tak dalej, zgięty wpół, próbując odwzajemniać uśmiechy i pozdrowienia kibiców (którzy delikatnie mówiąc nie zachwycili frekwencją), jednak w pewnym momencie usłyszałem zbliżające się do mnie dźwięki muzyki. Okazało się, że pewien pan, debiutujący w dyszce, postanowił zabrać ze sobą na trasę głośnik bezprzewodowy. „Całkiem dobra techniawka” pomyślałem i czym prędzej dołączyłem do niego. Jak się okazało naszym celem było złamanie 45 minut i na ostatnich 2 kilometrach utrzymaliśmy idealne tempo 4:30 min/km, co pozwoliło nam na pojawienie się na mecie w czasie 44:35.

      Zająłem 880 miejsce, co oznacza, że na drugiej połowie trasy wyprzedziło mnie dokładnie 800 osób – średnio jedna osoba co każde… 6 metrów! 😀

      Czego by nie mówić o poznańskim biegu, to medal, który czekał na mecie na PRAWIE wszystkich uczestników, zdecydowanie wygrał wszystko!

A po prawej stronie również piękny medal z Kielc 🙂

***

      Wiedziałem więc już, że Kielce lecę w trupa. Ale co w takim razie z moim biegiem z flagą?! Nie mogłem tego tak zostawić, więc razem z Matim szybko podjęliśmy decyzję o odwiedzeniu w sobotni poranek pabianickiego Parkrunu. Mati, niesiony jeszcze adrenaliną po poprawieniu dzień wcześniej życiówki o prawie 2 minuty (!!!) (jednak nie tylko ja biegłem za wolno, ale i on za szybko 😀 ) przekroczył metę jako pierwszy, a ja miałem okazję na mój bieg z flagą. 😀

      5-kilometrową trasę, w ramach rozruchu, pokonałem w prawie 26 minut.

***

      Kielce przywitały nas jak zawsze, czyli pi*dziło jak w kieleckim 😀 -4 stopnie to zdecydowanie nie jest moja ulubiona temperatura… Cóż jednak miałem począć, nawaliłem w Poznaniu, więc trzeba było się zrewanżować tutaj!

      Nie sprawdzałem listy startowej, bo i tak nie znałem tu nikogo, więc nie miałem pojęcia o co walczę. Poza życiówką oczywiście. Małe deja vu – znów w pierwszej linii, znów hymn – tym razem pełne dwie zwrotki i mimo, że bieg był dużo mniejszy (limit 900 uczestników), to Stowarzyszenie SieBIEGA dużo lepiej zadbało o podniosłą atmosferę. Pozytywnie naładowany stanąłem na starcie i…

      „No to pościgane”. – taka była moja pierwsza myśl, gdy około 10 zawodników wylało się zza moich pleców i popędziło przed siebie. Starałem się nie zwracać na nich uwagi i trzymać swoje tempo. Już po 300 metrach było wiadomo kto wygra – Łukasz Woźniak był poza zasięgiem, jednak ze zdziwieniem stwierdziłem, że przestałem tracić dystans do zawodników przede mną, a już po około 500 metrach minąłem ich wszystkich i znalazłem się na drugiej pozycji! :O

      Przebiegłem tak kawałek w ciężkim szoku, potem ktoś zmienił mnie na prowadzeniu, nim się spostrzegłem, minęliśmy pierwszy kilometr (3:28), zatoczyliśmy rundę wokół kieleckiego rynku i ku mojemu zdziwieniu zorientowałem się, że biegniemy we trójkę! :O Bywałem już na podium kategorii wiekowych, zdarzało mi się meldować na pudle wśród najlepszych Łodzian, bankowców i nie wiem czego tam jeszcze, ale na biegu ulicznym na podium open nie byłem jeszcze nigdy.

      Nie mogłem jednak pozwolić sobie na wpadanie w huraoptymizm – do mety wszak brakowało jeszcze ponad 8 km, a my w najlepszym wypadku mogliśmy walczyć o miejsca 2-4, więc nic nie było przesądzone. Było ciężko, ale wciąż w uszach dudniły mi słowa hymnu „dał nam przykład Bonaparte jak zwyciężać mamy”, a dodatkową motywacją był fakt, że w Kielcach nie było żadnych dodatkowych klasyfikacji (poza wspomnianą już wcześniej – bieg z flagą), więc albo pudło, albo powrót do domu z pustymi rękoma. Nie mogłem odpuścić!

      Ustawiłem się na ostatniej pozycji w naszej mini grupie i czekałem na rozwój wypadków. Po jakimś czasie usłyszałem, że oddech jednego z rywali bardzo przyspieszył i w tym upatrywałem swojej szansy. Drugi z rywali – Piotr Jaśtal miał się natomiast świetnie i było widać, że będzie dziś nie do ruszenia, wydawało się więc, że kto z naszej dwójki dłużej utrzyma jego tempo, ten znajdzie się na podium.

Około 3-ego kilometra rozpoczął się długi, bo prawie dwukilometrowy podbieg. Między Piotrkiem, a drugim z moich towarzyszy zaczęła tworzyć się luka, w którą szybko wskoczyłem. Podbieg ciągnął się w nieskończoność, a Piotrek ani myślał zwalniać, więc wysiłek, który musiałem włożyć w utrzymanie jego tempa znacząco wzrósł. Przykleiłem się do jego pleców i z niemałą ulgą przyjąłem fakt, że dźwięk kroków za mną stopniowo zaczął się oddalać.

Półmetek osiągnęliśmy z czasem 17:12 i wtedy to przyszło mi się pożegnać z moim „pacemakerem”. Zostałem sam, ale przez długi czas biegłem dosłownie kilka sekund za Piotrkiem, a czwarty zawodnik wciąż nie odpuszczał, trzymając się około 10 sekund za mną. Nic jeszcze nie było rozstrzygnięte!

Szósty kilometr minął nam na zrobieniu nawrotu, a siódmy oraz ósmy, to całe 2000 metrów zbiegu. Na tym odcinku niewiele się zmieniło, jeśli chodzi o różnice między nami. Wtedy jeszcze tego nie wiedziałem, ale czas po 8-miu kilometrach (27:41) gwarantował mi nową życiówkę przy założeniu utrzymania tempa 3:30 min/km do mety…

Kielce jednak nie są przyjazne dla biegaczy – tylko skończył się długi zbieg, a już walczyliśmy z morderczym podbiegiem w okolicach stadionu Korony. 700 metrów wspinaczki szybko odebrało mi cały zapas nad rekordem życiowym, ale za to z radością stwierdziłem, że dystans dzielący mnie od czwartego zawodnika minimalnie się powiększył (podobnie zresztą jak do drugiego, ale to mnie już nie obchodziło).

      Ponadto na 1,5 kilometra do mety znaleźliśmy się na odcinku trasy, który już znałem z Biegu Tropem Wilczym. Czekała nas wąska, kręta droga, zbiegi, park, rzeka, kostka… Nie sprzyjało to odrabianiu strat. Przestałem kalkulować, włączyłem najwyższe obroty i co sił w nogach rzuciłem się w kierunku mety. Przez długi czas nie miałem nawet siły spojrzeć na to, co działo się za moimi plecami i zrobiłem to dopiero wybiegając z Parku Miejskiego na asfaltową drogę 300 metrów przed metą.

Rywala nie było widać – dotarło do mnie coś, w co od kilkunastu minut nie mogłem uwierzyć – wywalczyłem podium! To fantastyczne uczucie spotęgował dodatkowo spory tłum ustawiony wzdłuż ostatniej prostej, który powitał mnie na mecie wspaniałą owacją. Czułem się szczęśliwy jak rzadko kiedy!

      Podczas biegu bardziej skupiłem się na rywalizacji z innymi biegaczami, więc nie orientowałem się nawet jaki czas mogłem osiągnąć. Przekroczyłem metę z rękami uniesionymi w geście zwycięstwa, po czym padłem za nią na ziemię, chyba nawet trochę płacząc ze szczęścia. 😀 Dopiero wtedy z ust Pawła Jańczyka usłyszałem… 34:48 – dokładnie 3 sekundy do życiówki! Normalnie bym się chyba załamał, ale wobec takich okoliczności, nie miało to najmniejszego znaczenia.

      Na dodatek niedługo po mnie dotarł Mateusz, wymachując wielką flagą – ostatecznie zdecydował się zastąpić mnie w tej kategorii.

      Nie przestaje mnie zaskakiwać jak kieleckie stowarzyszenie SieBIEGA potrafi robić tak profesjonalne, na dodatek duże biegi, zorganizowane wręcz perfekcyjnie i… uwaga uwaga… BEZ OPŁATY STARTOWEJ. Chcąc wziąć udział w ich imprezach trzeba wykazać się niezłym refleksem, bo limit 900 uczestników wyczerpuje się w 36 godzin. Już dwa razy mi się to udało i już zaczynam polować na przyszłoroczny bieg Tropem Wilczym, mam nadzieję, że jest taki w planach! 😀

PODSUMOWANIE:

11.11 – 1. Poznański Bieg Niepodległości – 10 km44:35miejsce 880/9002

12.11 – Parkrun Pabianice – 5 km25:49 miejsce 16/24

13.11 – IX Bieg Niepodległości w Kielcach – 10 km34:48miejsce 3/781

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *