Duathlon Powstańców Styczniowych – Suchedniów cz. 2

      Od początku miałem świadomość, że wybór roweru przełajowego na Crossduathlon Powstania Styczniowego w Suchedniowie będzie wiązał się z ryzykiem. Albo trasa będzie przejezdna dla moich cieńkich oponek i dużo zyskam, albo nie, a wtedy… lepiej nie myśleć…

      Podobnie zresztą było w Dobrej i tam się to opłaciło. „Wybór” to właściwie trochę złe słowo, ponieważ innego roweru i tak nie miałem, stąd moje skłonności do ryzykowania. No ale zobaczymy…

      Nie była to typowa strefa zmian. Zwykle trwa to dosłownie ułamek sekundy – buty, kask, rower pod pachę i jazda! Tym razem jednak spędziłem przy rowerze nieco więcej czasu – musiałem najpierw zdjąć buty biegowe, potem dodatkowa para skarpetek, upchnięcie się w buty kolarskie w dwóch parach też zajęło dłużej niż zwykle, a to wciąż nie był koniec… trzeba było jeszcze zarzucić dwie pary ocieplaczy na buty, bez tego nawet nie było mowy o wsiadaniu na rower 😀 potem szybka decyzja o tym czy zakładać dodatkową bluzę, która czekała tu na mnie przez cały bieg. W sumie się rozgrzałem, więc po co? 😀 Kask na głowę i można… A gdzie tam! Rękawiczki! Mogłem pozwolić sobie na bieganie w zwykłych windstoperowych, ale na rower trzeba było wytoczyć ciężką artylerię – sprowadzane na zamówienie, 3-palczaste, 9-warstwowe, chroniące nawet w temperaturze zera absolutnego Chiby miały pomóc mi przetrwać zamarznięte piekło, które mnie czekało!

      Po minucie i 37 sekundach stałem z rowerem na szczycie schodów, zastanawiając się jak ja do cholery mam znaleźć się na dole?! Mało się nie zabiłem zjeżdżając wzdłuż nich po śniegu, ale wtedy wreszcie mogłem wpiąć buty i ruszyć do boju. Wciąż byłem pierwszy, z przewagą wynoszącą 50 sekund.

      Początek trasy już znałem – najpierw trochę po śniegu, a potem dłuuuuuuga szeroka prosta po lodzie. Ewidentnie przegiąłem na biegu, bo teraz każde mocniejsze naciśnięcie na pedały skutkowało potwornym bólem. Znalazłem swoje komfortowe tempo i całą moją uwagę skupiałem na tym, by nie wywinąć orła. Wychodziło nieźle i po 7 km (z 22, które trzeba było pokonać rowerem) skręciłem w las, nie widząc nawet w oddali nikogo za sobą. Wtedy jednak się zaczęło…

Górzysty las nie jest najlepszym miejscem dla przełajowego roweru z szosowymi przełożeniami… Przekonałem się o tym boleśnie już na pierwszym podjeździe, który dla mnie stał się… podbiegiem. Słabo, jednak dotarłem na szczyt, jakoś się wpiąłem i pojechałem dalej, a rywali nadal nie było…

Nie ujechałem za wiele a już kolejny raz trzeba było zeskakiwać z siodełka. Pod górę po kilkucentymetrowej warstwie śniegu po prostu nie dało się przejechać.

Truchtałem sobie w najlepsze, gdy nagle przejechał koło mnie pierwszy z rywali… Spoko, pomyślałem, następni już nie dadzą rady, a tego dogonię, gdy tylko wrócimy na normalną drogę…

Haha, chciałbym… Potem było już tylko gorzej! Jechałem i biegłem na zmianę, chwilę później już bardziej biegłem niż jechałem, a za każdym razem gdy próbowałem jednak wsiąść na rower okazywało się że moje szosowe progi były zapchane śniegiem i traciłem jeszcze więcej czasu by je oczyścić… Końca lasu wcale jednak nie było widać…

Niedługo po liderze minęło mnie jeszcze dwóch rywali, chwilę później, akurat w miejscu gdzie do pokonania była przeszkoda w postaci zwalonego drzewa, trzech następnych. Potem ktoś na przełajówce, i jeszcze ktoś… i jeszcze jeden… W pewnym momencie moja jazda składała się już tylko z przemiennego odkopywania roweru z kolejnych zasp śnieżnych i odbijania do lewej/prawej w celu przepuszczania kolejnych zawodników.

Po około 6 kilometrach piekła minął mnie nawet chłopak na oponach od traktora! 😀 tego już było za wiele… Wiedziałem, że nie ugram już kompletnie nic, więc skupiłem się tylko na przetrwaniu tej farsy.

Udało mi się jeszcze zaliczyć niegroźną glebę podczas przejazdu zamarzniętym strumieniem i wreszcie wróciliśmy na lód😀 Na następnych 6ciu kilometrach znów wyprzedziłem kilku rywali, jednak ostatnie 3 to raz jeszcze las, więc nie było szans na utrzymanie przewagi.

      Zaczęliśmy dublować półmaratończyków i chyba nigdy nie zapomnę jak przez ładnych kilkaset metrów nie byłem w stanie wyprzedzić pewnego starszego, truchtającego pana… 😀

      Do strefy zmian WSZEDŁEM po 1h 16min 48sec „jazdy” rowerem, czyli po ponad 1h 50 min od startu. Miałem dość i marzyłem już tylko o zakończeniu tego kabaretu 😀

      Spokojnie się przebrałem i wyruszyłem na ostatnią, 4,5-kilometrową rundę biegową. Na początku miałem jeszcze plan, aby przycisnąć, jednak kompletny brak motywacji oraz 2h wysiłku bez jakiegokolwiek jedzenia szybko zweryfikowały moje plany i po chwili ujrzałem na zegarku… 7:30 min/km.

Dobra! – pomyślałem – W nosie z mocnym bieganiem, byleby się tylko nie zatrzymać!

Jak pomyślałem, tak też zrobiłem i po niemal 2h 18 min od startu dotoczyłem się do mety. Tam czekała na mnie nagroda w postaci statuetki z… narciarzem 😀 za znalezienie się w top 50 (ostatecznie 14 miejsce open i 3 w kategorii wiekowej).

      Cóż, CrossRun Duathlon Powstańców Styczniowych przeszedł do historii, a ja, mimo sromotnej porażki, myślę, że nie mam powodów do zmartwień… Udało się na naprawdę trudnej, przełajowej, oblodzonej, górzystej trasie wykręcić tempo 3:52 min/km, zrobiłem porządną siłę na rowerze, fajnie spędziłem dzień w miłej atmosferze zapewnionej przez organizatorów… hmm, czego chcieć więcej? 😀

Mimo, że dla CrossRun był to organizacyjny, duathlonowy debiut, to nie można się właściwie przyczepić do niczego  – wszystko dopięte na ostatni guzik, trasy przygotowane dobrze i przede wszystkim bardzo malownicze… tylko ta temperatura… 😀 No ale takie już uroki zimy! Coś czuję, że przyszły rok, o ile oczywiście będzie taka możliwość, również zacznę w Suchedniowie! 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *