Bieg Powstańców Styczniowych (Duathlon Suchedniów cz. 1)

      Start duathlonu, który był moimi pierwszymi zawodami w nowym roku, połączony był ze startem Biegu Powstania Styczniowego na dystansie 8,2 km. Jako, że pierwsza część zmagań duathlonistów prowadziła dokładnie po trasie tego biegu, 34-ech uczestników zmagań biegowo – rowerowych było klasyfikowanych także i w samym 171-osobowym biegu. Nadarzyła się więc wyjątkowa okazja, by wygrać dwie imprezy jednocześnie!

      Najpierw więc skupiłem się na biegu. Start usytuowany był na drobnym wzniesieniu, z którego trzeba było bardzo stromo zbiec jakieś… 30 metrów po starcie. Nie chcąc ryzykować życia zadbałem o to, by w tym miejscu przewodzić stawce i swoim torem pokonałem karkołomny spadek terenu.

      Na dole nikt nie kwapił się, by mnie wyprzedzić, obrałem więc komfortowe tempo w granicach 3:50 i leciałem swoje. Po kilkuset metrach skręciliśmy na lód i „komfortowe” było już nieco ponad 4 min/km. Tam też, po jakimś czasie, pojawili się pierwsi chętni do zmienienia mnie na prowadzeniu. Rozejrzałem się… Było nas 6-ciu. Dużo, cholerka…

      Skręciliśmy w las, zrobiło się jeszcze trudniej – pod górę w zaspach. A rywale ani myśleli zwolnić! Spadłem na ostatnie miejsce liderującej grupki, trapiony myślami: „Jasny gwint! Chyba nie wygram!”.

      Chcąc być szczerym, muszę przyznać, że kojarząc poziom zawodów tego cyklu sprzed roku, właściwie w ciemno przyznałem sobie pierwsze miejsce, jeszcze zanim dotarłem na start. Miałem samotnie przebiec większą część dystansu i zacząć rower z ogromną przewagą… Taaa… Ta pycha omal mnie nie zgubiła!!

      Byłem w szoku. Miało być łatwo, lekko i przyjemnie – psychicznie kompletnie nie byłem przygotowany na jakąkolwiek zaciętą walkę!

      Biegnąc na ostatniej pozycji szybko zebrałem myśli. Uspokoiłem oddech, spróbowałem się rozluźnić. Może i tempo nie było zawrotne, ale znacznie szybsze, niż mogłem przypuszczać. Zacząłem dialog wewnętrzny. Próbowałem przekonać sam siebie, że przecież jest lekko, że mogę szybciej…

      Byliśmy już w okolicach półmetka, więc robiło się coraz później. Ośmielony własnymi mantrami podjąłem decyzję o ataku. Zbiegłem na nieubity śnieg przy ścieżce i dlugimi susami przeszedłem na czoło grupy… która uszczupliła się w tym czasie o jednego członka… To Zbigniew Dulemba ze Skarżysko-Kamiennej zaatakował w tym samym miejscu i miał już nad nami kilkanaście metrów przewagi. Postanowiłem gonić!

      Ku mojej uciesze na skutek naszych akcji grupka się rozerwała i teraz biegliśmy pojedynczo, w niewielkich odstępach. Sytuacja utrzymała się aż do opuszczenia lasu, co wiązało się z powrotem na lodowisko. Tutaj los zadrwił ze mnie kolejny raz…

      Przyjrzałem się podeszwom lidera – były płaskie. „Phi, ja mam Saucony „Pielgrzymy” – już jest móóóóó…” BUM! Tak, to był dźwięk uderzenia mojej osoby o lód 😀 Nim się pozbierałem dogonił mnie trzeci zawodnik, a lider jeszcze bardziej się oddalił. Żarty się skończyły!! Wrzuciłem 5-ty bieg i pognałem przed siebie co sił w nogach.

      Droga skręciła znów w las i znów biegliśmy po śniegu i to pod górę. Zauważyłem, że na podbiegach szybciej odrabiam straty do rywala, więc przycisnąłem jeszcze bardziej. W połowie drugiego wzniesienia już biegliśmy równo, a na jego szczycie udało mi się wypracować niewielką przewagę.

      Pognałem co sił w nogach w dół i wydawało mi się, że różnica między nami się utrzymuje, jednak chwilę dalej, na wypłaszczeniu, znów usłyszałem oddech na plecach. Biegliśmy we dwójkę, a do mety pozostawało około 2,5 km.

      Tempo nadawałem ja, choć nie było ono zabójcze. Wspólnie wybiegliśmy z lasu nad zalew i tam , w oddali ujrzeliśmy metę. Tempo wynosiło około 3:45 min/km, a do mety pozostawało 1100 metrów. Nadeszła pora na ostateczne starcie!

Podkręciłem tempo. Tętno wzrosło do 175 uderzeń serca na minutę, a ja, ku własnemu zaskoczeniu ujrzałem na zegarku wskazanie 3:30 min/km. Nie sądziłem, że będę w stanie biec tak szybko już w styczniu! Rywal powoli zaczął zostawać za plecami.

Bieg wzdłuż zalewu zakończyłem wspinaczką do drogi, następnie przebiegłem przez dość śliski most, modląc się, aby nie powtórzyła się sytuacja sprzed kilkunastu minut, minąłem swój samochód i na 300 metrów do mety praktycznie mogłem być już pewny zwycięstwa!

      Ostatni stromy podbieg, od którego, w przeciwnym kierunku, rozpoczęliśmy zmagania tego dnia, pokonałem z uniesionymi rękami. Bieg Powstańców Styczniowych na dystansie 8,2 km wygrałem z czasem 31:43, wyprzedzając drugiego na mecie zawodnika jedynie o 7 sekund!

      Dla niektórych uczestników był to koniec zmagań, ale nie dla nas. Na świętowanie sukcesu nie było czasu, gdyż czym prędzej musieliśmy udać się do strefy zmian, gdzie już czekały na nas rowery. Duathlon trwał, a ja byłem liderem…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *