Debiutancki triathlon – Silesiaman Triathlon Pszczyna – 1/8 IM

      Była sobota, 23 godziny do startu Silesiaman Triathlon w Pszczynie. Siedziałem gdzieś w Częstochowie pod Biedronką, wcinając placki ziemniaczane, gdy nagle zadzwonił Trener. Zapytał jak jest. Mówię, że wszystko gra, że jestem spokojny, i że właśnie wypożyczyłem piankę od Olimpiusa…
– Cooo?! Dzisiaj piankę wypożyczyłeś? Jak dotrzesz na miejsce musisz wejść do wody!
Myślę sobie – spoko. Upał jak cholera, takie pływanie to będzie czysta przyjemność…

***

      Była sobota, 21 godzin do startu. Siedziałem w aucie na parkingu przy Ośrodku Sportów Wodnych w Pszczynie. Niebo jak okiem sięgnął zachmurzone, a na dodatek chłodny, przejmujący wiatr i chyba z 10 stopni w dół względem Częstochowy… W CO JA SIĘ WPAKOWAŁEM?!
Weszliśmy na teren ośrodka, a jakaś miła pani podeszła do nas natychmiast z uśmiechem na ustach pytając, w czym może pomóc.

      – My na triathlon – odpowiedziałem, a widząc, że pani już chciała zaprzeczyć, szybko dodałem – wiem, że jest jutro, ale chciałem dziś popływać, można?
… Miny tej pani nie zapomnę chyba nigdy 😀

***

      Skoro już i tak musiałem się pomoczyć, to stwierdziłem, że przy okazji pierwszy raz w życiu przećwiczę strefę zmian pływanie/rower. Przygotowałem wszystko i wszedłem do wody.

      O dziwo była ciepła. Przepłynąłem jakieś 600 metrów, po czym szybciutko wyskoczyłem na plażę, zdjąłem piankę i przebrałem się na rower. Wszystko to było bardzo ważne – uspokoiło mnie i zdjęło sporo stresu i niepewności z głowy.

      Potem jeszcze przejechałem pięciokrotnie rundę kolarską, tak by poznać każdy zakręt i każdą nierówność na drodze. Nic więcej zrobić już nie mogłem – wiedziałem, że jestem gotowy!

***

      Była niedziela, godzina do startu. W sumie to nie za bardzo wiedziałem co i kiedy mam robić. Pojeździłem trochę rowerem, potem wstawiłem go do strefy i wziąłem się za bieganie. Za dużo jednak nie pobiegałem, bo już zamykali strefę i zaczynała się odprawa. Do wody dotarłem na 15 minut przed startem.

      Była zimniejsza niż dzień wcześniej…

***

      Staliśmy wszyscy na plaży. Zegarek wskazywał 11:59. Nie chciało mi się wierzyć, że ta chwila naprawdę już nadeszła. Kiedy postanowiłem, że biorę się za triathlon, miałem na przygotowania 10 miesięcy. Teraz zostało z nich już zaledwie…

      Po kilku susach dałem nura do wody, w głowie mając w tym samym czasie myśl, jaka jest szansa, że ratownicy zdążą mnie wyłowić zanim utonę.
O dziwo nie było jednak tak źle! Może z raz czy dwa wpłynąłem na kogoś, tyle samo razy ktoś na mnie, a jeden pan przepłynął mi przed nosem w poprzek, ale generalnie byłem w stanie jakoś się w tym szaleństwie odnaleźć.
Był taki moment, że tłum przede mną zasłaniał mi bojkę i musiałem płynąć na czuja, ale dość szybko się przerzedziło i znów mogłem polegać już tylko na własnej nawigacji. Dwukrotnie jeszcze, przy obu bojkach, zrobiło się ciaśniej, ale generalnie mogłem płynąć swoje.

      W drodze powrotnej na plażę próbowałem zorientować się ile osób może byc przede mną, jednak było to niewykonalne. Mimo wszystko miałem jednak wrażenie, że znajduję się na bardzo odległej pozycji i kolejne metry pokonywałem z myślą – „Kurde, przegrałem. Po powrocie do domu biorę się za pływanie ze zdwojoną siłą!”.
Na brzegu czekała na mnie mama, która miała mi przekazać moją lokatę po wyjściu z wody. Dzień wcześniej powiedziałem jej, że po dwudziestej osobie może przestać liczyć, więc nie spodziewałem się, że będzie mi miała coś do powiedzenia, gdy tymczasem…
„19-ty! 1:20 min straty do lidera!”

      Zatkało mnie! Zmotywowany ruszyłem co sił do strefy zmian.
Zawsze powtarzałem, że płynąc nie da się wycisnąć z siebie maksa… Wiecie co? Kłamałem! 😀 Takiego pieczenia w płucach, jak ściągając piankę przed rowerem nie poczułem już dawno!
Generalnie T1 w moim wykonaniu było istną masakrą. Nie mogłem poradzić sobie ze zdjęciem pianki przez chipa, wszystko okropnie się przedłużyło i ostatecznie na trasę kolarską wyruszyłem jako 24-ty… Nareszcie jednak byłem w moim żywiole!

***

      Buty kolarskie założyłem już wcześniej, więc zaraz po wskoczeniu na rower wyprzedziłem kilka osób, które jadąc próbowały podopinać rzepy. Wiedziałem, że muszę dać z siebie wszystko (1:20 min, a jak się potem okazało po strefie zmian 2 minuty straty to sporo na 20-kilometrowej trasie), więc od początku narzuciłem mocne tempo, i nim dotarliśmy do pierwszej z czterech rund, zebrała się za mną grupka 3 – 4 osób.
Ucieszyłem się, że nie będę jechał sam, zszedłem ze zmiany i spróbowałem zorientować się w sytuacji. Nasza grupka liczyła już około 8-miu osób, a w oddali widziałem kolejną trójkę.

      Po dwóch seriach zmian stwierdziłem, że lepiej będzie kontynuować jazdę samemu i podjąłem próbę przeskoczenia do grupy przed nami. Kilkaset metrów dalej jechałem już z nowymi towarzyszami, jednak również oni nie utrzymywali tempa, które dawałoby nam realne szanse dogonienia czołówki, więc wykonałem jeszcze jeden skok i zostałem sam, nie widząc przed sobą nikogo.
Koniec pierwszej rundy, był ostatnim momentem, w którym miałem jakiekolwiek pojęcie o sytuacji na trasie – jechałem 12-ty i widziałem, że dwie grupy, w których niedawno się znajdowałem złączyły się w jedną, która na szczęście powolutku traciła do mnie dystans. Wtedy zaczęło się dublowanie…

***

      Pustka, która jeszcze chwilę wcześniej roztaczała się przede mną została wypełniona całym ciągiem rowerów, nie kończącym się aż po horyzont. Uciekająca przede mną czołowa 11-tka świetnie wtopiła się w ten tłum, teraz więc nie miałem już pojęcia kogo gonię, gdzie ten ktoś jest i czy w ogóle poprawiam swoje miejsce w klasyfikacji. Wobec takiej dezinformacji nie było łatwo zmotywować się do walki, postanowiłem jednak, że nie mogę się poddać i jeszcze podkręciłem tempo.


Kolejne 3 rundy przejechałem lewą stroną drogi, cały czas mijając dublowanych zawodników i zastanawiając się, czy był wśród nich choć jeden z czołówki…

***

      Kolejnej informacji spodziewałem się dopiero przy strefie zmian, gdzie już czekała mama ze stoperem, jednak chwilę wcześniej, na zjeździe z rundy ujrzałem niedaleko przede mną 5-osobową grupkę, która właśnie oddzielała się od nieskończonego tłumu, by podążyć w kierunku strefy.

      „Jednak kogoś dogoniłem!” ucieszyłem się niezmiernie. Chwilę później przeżyłem szok…

***

      „6-ty, 26 sekund straty!”

      Nie mogłem uwierzyć w swoje szczęście! Dwie osoby wyprzedziłem jeszcze biegnąc z rowerem do boksu, osiągnąłem najlepszy czas T2 z całej czołówki i bieg rozpocząłem w 3-osobowej grupie liderów! (Przed nami biegła co prawda jeszcze Paulina Klimas, jednak ona miała oddzielną klasyfikację).

      Nie było czasu do stracenia – natychmiast objąłem prowadzenie i zacząłem dyktować jak najmocniejsze tempo. Czułem się świetnie i chciałem to wykorzystać. Dość szybko dogoniliśmy Paulinę, a jeden z rywali zaczął odstawać, więc na ok. 4 kilometry przed metą została nas dwójka – ja oraz tegoroczny zwycięzca Silesiman Triathlon Rybnik – Dominik Pikorski.
Jeszcze rok temu taka sytuacja z pewnością w zupełności by mnie usatysfakcjonowała i potulnie przyjąłbym drugie miejsce, jednak sporo pracy włożonej w okresie przygotowawczym w trening mentalny poskutkowało – tego dnia interesowało mnie wyłącznie zwycięstwo i niczego innego nie brałem nawet pod uwagę!
Wyszło słońce, zrobiło się naprawdę ciepło, a ja zacząłem odczuwać trudy całych zawodów, jednak Dominik ciągle znajdował się pół kroku za mną, więc byłem zmuszony podkręcać tempo coraz bardziej. Wreszcie, na jakieś 3 km przed metą odpuścił minimalnie. Niby zostałem sam, ale nie była to jeszcze pora na myślenie o pewnym zwycięstwie – rywal wciąż znajdował się całkiem blisko, a przewaga rosła bardzo wolno…
Nawet nie myślałem o piciu wody na nawrocie – nie było na to czasu. 10 minut musiałem jeszcze wytrzymać na sucho. Co jakiś czas oglądałem się za plecy i niby przewaga była już całkiem bezpieczna, mimo to byłem świadomy, że przeciwnik nie odpuści do samego końca.
Ludzie biegnący z naprzeciwka pomagali trochę znosić moje cierpienie przyjaznymi okrzykami i gratulacjami. Kilometr przed metą wmawiałem sobie, że teraz wystarczy jedynie utrzymać do końca moje tempo i nic złego się nie wydarzy. Wtedy jednak obejrzałem się po raz kolejny i zobaczyłem, że Dominik zebrał się do pogoni. Nie mogłem na to pozwolić! Tempo 3:30, które chwilę wcześniej chciało mnie zabić zostało zastąpione 3:15. Powoli przestawałem już kontaktować, skupiając całą swoją uwagę na balonie, który w międzyczasie wyłonił się w oddali.

      Wbiegłem na ostatnią prostą. Obejrzałem się za siebie. Było pusto. Atak został odparty. Teraz mogłem być już pewny – wygrałem debiutancki triathlon!!! Kilkaset metrów dalej znalazłem się już na terenie OSW Łąka, gdzie usytuowana była meta.

      Gdy przekraczałem końcową linię, zegar wskazywał 1:01:29. Oszalałem z radości. Nie pamiętam kiedy ostatnio byłem tak szczęśliwy…

Podsumowanie:

Pływanie – 450 m – 7:11 – 1:36 min/100 m
T1 – 2:21 min
Rower – 20,7 km – 32:38 min – 38,1 km/h
T2 – 0:25 min
Bieg – 5,27 km – 18:52 min – 3:34 min/km

      Zdjęcia autorstwa: Kosiormama, Biały Wilk, Five, pless.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *