Sztafeta – Triathlon Ślesin 1/4 IM

Moim drugim startem triathlonowym w tym sezonie była sztafeta na dystansie 1/4 IM podczas Triathlon Ślesin. Poza mną w jej skład weszli Robert Nowicki z FizjoComplex oraz Mateusz Fijałkowski z Akademii Biegacza. Od początku naszym założeniem NIE była przede wszystkim walka o czołowe miejsca i dzięki temu mogłem „zaopiekować się” moją najsłabszą, a więc też tą, w której muszę podciągnąć się najbardziej, dyscypliną – pływaniem.
Moim zadaniem było zatem jedynie przepłynięcie jak najszybciej dystansu ok. 1 kilometra, pokonanie wyjątkowo długiego dobiegu do strefy zmian i przekazanie chipa czekającemu już tam Robertowi. Wszystko razem, miałem nadzieję, poniżej 18 minut.
Nie było żadnej presji wyniku, po za tym startowałem już przecież w triathlonie w Pszczynie, więc wiedziałem co i jak – byłem spokojny. Nic mnie przecież nie mogło zaskoczyć! Noo… prawie…
Na start wybrałem się o 11:40 – 20 minut w zupełności przecież wystarczy aby się rozgrzać przed pływaniem. Ponadto odpuściłem odprawę techniczną – znałem trasę, a nic więcej mnie nie interesowało. Już dochodziłem do brzegu, gotów wskoczyć do jeziora, gdy z głośników dotarł do nas głos spikera – „Proszę wychodzić z wody, macie 2 minuty, potem posypią się kary czasowe”.
Po prostu świetnie! Podbiegłem szybko sprawdzić chociaż temperaturę wody, po czym w ramach rozgrzewki… zapiąłem piankę i stanąłem na słońcu! 😀
Czas do startu dłużył się niemiłosiernie. Jeszcze stojąc na plaży odczułem co znaczy dwukrotnie większa grupa niż przed dwoma tygodniami. Chciałem zastosować trik trenera na uniknięcie nadmiernego kontaktu z rywalami w wodzie, który w Pszczynie zdał egzamin, czyli ustawienie się w którymś ze skrajnych punktów rozciągniętej linii startowej, jednak odniosłem wrażenie, że tutaj wpadło na ten pomysł co najmniej 70% stawki, więc ostatecznie wylądowałem na samiutkim środku, idealnie na wprost pierwszej bojki – to musiało się źle skończyć! 😀
Miałem wrażenie, że między okrzykiem „10”, a „start” minęło maksymalnie 5 sekund, więc troszeczkę zamuliłem już na samym początku. Rzuciłem się do wody iii… zaczęła się walka o przetrwanie…
Ktoś z uporem maniaka nawalał mnie po nogach, innych dwóch ktosi odczuwało taką potrzebę bliskości, że swoimi rękami zahaczali z dwóch stron o moje, a co chwila ktoś z przodu zwalniał na tyle, że wpływałem mu na plecy i musiałem kombinować jak w tym tłumie niby wyprzedzać?!
Zgaduję, że podobnym przeżyciem jest dla niedoświadczonych kolarzy jazda w peletonie, ja jednak zdecydowanie bardziej komfortowo czuję się na szosie. Tam przynajmniej nie muszę się zastanawiać, czy uda mi się wziąć kolejny oddech! Tu na szczęście Z REGUŁY przynajmniej z tym nie było problemu.
Przed pierwszą bojką zrobił się trochę korek. Chwilę trzeba było poczekać, potem wymieniłem kilka przypadkowych ciosów z okolicznymi pływakami i ostatecznie jakoś udało mi się przebrnąć przez tłum. Ciekawe ile czasu na tym straciłem…
Za bojką zrobiło się luźniej, jednak wciąż trzeba się było pilnować. Co jakiś czas na przykład ktoś przepływał przede mną w poprzek – chyba niektórzy nie kierowali się tak jak większość pod most, gdzie ustawione były kolejne bojki. 😀 Na dodatek co jakiś czas biorąc oddech zauważałem, że tuż obok mnie płynie jakaś kobieta, automatycznie więc starałem się na nią uważać. Dopiero po jakimś czasie oświeciło mnie, że to wcale nie musiały być reprezentantki płci pięknej – tam przecież wszyscy mieli różowe czepki! 😀
Niezmiernie irytowało mnie również wyprzedzanie żabkarzy… Skąd u licha oni się wzięli przede mną?! 😀
Minęliśmy półmetek – który wyznaczony był przez dwie bojki znajdujące się pod mostem, pomiędzy którymi trzeba było przepłynąć i wtedy poczułem wolność. Nie wiem czy i ile nadrobiłem na moim manewrze, ale obrałem trochę szerszy łuk niż wszyscy i od teraz prawie już do końca płynąłem sam, mając na oku całą stawkę po mojej prawej stronie. Postawiło mnie to w bardzo komfortowej sytuacji.
Dopiero na ostatniej bojce znów wpłynąłem w największy kocioł i końcowe metry pokonałem upchnięty między innych pływaków jak sardynka do puszki…
Z wody wyszedłem z czasem 16:08 jako 52-gi, jednak na długim dobiegu do strefy zmian, który ponadto był pod górę udało mi się wyprzedzić sporo osób i ostatecznie Robert wyjechał na trasę kolarską jako 29-ty open i drugi wśród sztafet ze stratą równo 2 minut.
Robert mimo braku kierownicy czasowej spisał się znakomicie, odrabiając do liderów minutę, dzięki czemu MaTTi przystąpił do biegu mając jedynie 60 sekund straty.
Również on dał z siebie absolutnie wszystko odrabiając prawie pół minuty do wyżej notowanego rywala, ale niestety wszystko to nie wystarczyło – ostatecznie zajęliśmy drugie miejsce, przekraczając linię mety jedynie 34 sekundy po zwycięzcach!


Zdobyliśmy piękne statuetki oraz cenne doświadczenie na dalszą część sezonu, a co najważniejsze spędziliśmy fantastyczny dzień w cudownej, rodzinno-triathlonowej atmosferze! Zawody tego typu polecam absolutnie wszystkim sportowcom – nawet jeśli ktoś nie jest w stanie ukończyć całego triathlonu, to udział w sztafecie to również wspaniałe i niezapomniane przeżycie! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *