Wtórpol Triathlon Skarżysko Kamienna

      Deszcz od samego rana nie zachęcał do jakiejkolwiek aktywności fizycznej na zewnątrz, jednak trzeba się było przemóc i zwlec z łóżka przed siódmą, aby na spokojnie wszystko ogarnąć. Na szczęście z Kielc mieliśmy rzut beretem, więc zaoszczędziło nam to sporo niepotrzebnego stresu.

      Ogólnie czułem się bardzo spokojny i wyluzowany. Wyzwanie, które rzuciła mi Iza spowodowało, że cała uwaga nasza i wszystkich dookoła skupiona była na części rowerowej przez co nie czułem presji związanej z pozostałymi konkurencjami…

      Wyzwanie wyzwaniem, ale musicie wiedzieć, że niezbyt jeszcze umiem w triathlon i od samego rana Iza, nie zważając na czekającą nas rywalizację, udzielała mi ogromnego wsparcia, a jej doświadczenie nie raz uratowało mi tyłek 😁

      Po pierwsze – cytryna – oczywiście nie kupiłem… Iza czekała na mnie przy wejściu do strefy ze świeżutką cytrynką, którą nasmarowałem opony. Przyczepność na śliskiej nawierzchni +100! 😀

      Po drugie… worki w strefie zmian?! Co to ma być? 😁 Szybki telefon do Izy i sprawdzenie „listy obecności” w obu moich workach – „uffff… mam wszystko!”. No i po trzecie, najważniejsze… 😁

      Po odprawie poszedłem do samochodu się przebrać. Był zamknięty, więc postanowiłem, że spokojnie poczekam na resztę ekipy. Czekałbym tam pewnie do dzisiaj, gdyby Iza nie uświadomiła mi na jakieś 20 minut przed startem, że oni już nie przyjdą… 😁

      Cóż… T0, czyli bieg z parkingu na start po kluczyki, bieg ze startu do auta, ubranie się w piankę i bieg w piance na start (czy to tak narodził się swimrun? 😁) miałem z pewnością najszybszy w historii triathlonu 😀 Zdążyłem się jeszcze zanurzyć w Zalewie Rejowskim i na około 10 minut przed startem byłem gotów!

***

      Ustawiłem się w pierwszej linii. Tradycją stało się już, że na triathlonach wychodzę z wody w 10% stawki, co tutaj oznaczało miejsce 20-25. Miałem świadomość, że być może i kilka osób mnie stratuje, ale generalnie powinienem zyskać na tym manewrze. Tak też się stało – na pierwszej bojce odbyłem walkę MMA z co najmniej kilkoma przeciwnikami, ale zaraz za nią wypłynąłem na spokojne wody i już do końca 1500 – metrowego odcinka byłem sam.  Z wody wyszedłem, o ironio, 20-ty, poprawiając o 10 sekund czas z Garwolina – 23:48.

      W namiocie zebrała się jednocześnie cała męska część naszej łódzkiej ekipy – Ja, Mati i Igor. Jeszcze rok temu na maratonie pływackim Przeprawa przez Jeziorsko do obu straciłem na podobnym dystansie ponad 25 minut, jest progres!! 😁 T1 nadal jest moim słabym punktem, więc chłopaki mi trochę uciekli, ale już kilka chwil później siedziałem na rowerze, co oznaczało dwie rzeczy – byłem w swoim żywiole oraz zaczęła się rywalizacja z Izą!

      Pierwsze kilka kilometrów to szybkie zyskanie 5-6 pozycji, co pozwoliło mi pomyśleć, że pójdzie gładko… 😁 nic bardziej mylnego! Od kiedy znalazłem się na 14. lokacie, zaczęły się schody…

      Przede wszystkim wiało w twarz… Najpierw myślałem, że to spoko, bo z powrotem będzie z wiatrem, ale też nie było 😁 Cały czas pamiętałem, że wystartowało pięciu PROsów, a na „pudle” open było 6 miejsc, więc starałem się kontrolować stratę do szóstego zawodnika. Moje obliczenia nie były pocieszające – 4 minuty, które ani chciały drgnąć nie zapowiadały sukcesu.

      Również dystans do jadących bezpośrednio przede mną zawodników nie chciał się zmienić aż do ostatniego podjazdu na pierwszym okrążeniu. Tam zorientowałem się, że właśnie jadąc pod górę zyskuję najwięcej – dogoniłem drugą wśród kobiet Paulinę Kotficę i jeszcze jednego rywala i zmotywowany do jeszcze większego wysiłku rozpocząłem drugie kółko.

      Na nawrotach mijałem się z Matim i Igorem, co także było bardzo motywujące, wzajemnie okrzykami zagrzewaliśmy się do walki. Bardzo byłem ciekawy jak radzi sobie Iza, jednak jej nie udało mi się wypatrzyć na trasie ani razu, zdaje się, że za szybko jechała 😁

      Dawno już pogubiłem się w liczeniu, więc nie miałem pojęcia, który dokładnie jadę, jednak wydawało mi się, że różnice w czołówce amatorów się zacieśniają. Utwierdził mnie w tym ostatni nawrót na 30-tym kilometrze trasy rowerowej – elita oczywiście nas miażdżyła, ale do reszty było już naprawdę blisko!

      Do T2 wbiegłem 10-ty, tuż za Remigiuszem Kotem, który jako jedyny wyprzedził mnie na rowerze, na kilkaset metrów przed belką. Drugą strefę zmian lubię zdecydowanie bardziej niż pierwszą i dało się to zauważyć – na 10-kilometrowy bieg kończący zmagania na trasie Wtórpol Triathlon wybiegłem jako 8-my, z kilkudziesięciometrową stratą do pierwszej kobiety – Marii Cześnik. Wtedy zaczęły się problemy…

      W teorii na biegu powinienem zyskać najwięcej, a tymczasem po przebiegnięciu pierwszego kilometra spojrzałem na zegarek, a tam… 4:15 min/km… „CO JEST GRANE?!” pomyślałem, walcząc jednocześnie z kolką, odruchami wymiotnymi i z bezsilnością, obserwując plecy olimpijki z Pekinu, które nie chciały przybliżyć się choćby o milimetr…

      O ile problemy z dogonieniem Marii nie miały żadnych konsekwencji jeśli chodzi o moją lokatę, o tyle z przerażeniem zorientowałem się, że jestem doganiany przez jednego z rywali. Po trzech kilometrach moich cierpień zrównał się on ze mną, jednak coś wtedy odpuściło. Jeszcze trochę zachowawczo przebiegłem 4 kilometr ramię w ramię z przeciwnikiem, po czym zaryzykowałem podkręcenie tempa do standardowej wartości, jaką chciałem widzieć na zegarku od początku – 3:30 – 3:40 min/km. To zaowocowało błyskawicznym zgubieniem pościgu oraz dogonieniem liderki zawodów, a także jeszcze jednego mężczyzny. W między czasie skończyła się pierwsza runda. Nie mogłem w to uwierzyć, ale na finałowe okrążenie wbiegłem jako szósty!

      Nie było złudzeń, że nie mam już kogo gonić, pozostało jedynie pilnować już wywalczonego miejsca, jednak z każdym kolejnym krokiem bolało coraz bardziej. Miałem olbrzymie szczęście, gdyż okazało się, że zdublowałem znajomego wyśmienitego biegacza – Piotrka Chmiela. Jego wsparcie na trasie i nadawanie bardzo mocnego tempa pozwoliły mi odrobinę mniej myśleć o rosnącym zmęczeniu i ostatecznie jeszcze powiększyliśmy przewagę nad goniącymi mnie rywalami.

      Minęliśmy po raz kolejny strefę zmian, skręciliśmy w lewo, jeszcze ostatnie 100, czy 200 metrów razem, podziękowaliśmy sobie za współpracę, po czym nadeszła pora na rozdzielenie się – Piotrek pobiegł na jeszcze jedną rundę, a ja skręciłem na ostatnią prostą. Już wiedziałem, że nikt nie będzie w stanie odebrać mi 6-ego miejsca! Kolejny raz mogłem oszaleć z radości, chyba ani biegnie, ani kolarstwo nie sprawiało mi nigdy takiej frajdy jak cały ten triathlon! To jest to!

      Czas fatalny (2:11h), ale ciiiii, miejmy nadzieję, że to przez te ciężkie warunki 😁 A było warto walczyć o to 6-te miejsce, bo mam teraz pamiątkę na całe życie – zdjęcie, na którym jest pięciu zawodowców i ja, który właśnie ukończyłem mój drugi triathlon w życiu 😁

      Jakby kto pytał jak to wszystko jest możliwe, to zapraszam do najlepszej ekipy na świecie KS CelIronMan, gdzie szkolimy się pod okiem trenera, jakiego ze świecą szukać – Ludwika Sikorskiego!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *