Mistrzostwa Polski Age Group – Chodzież, 13.08.2017

      Staliśmy przy wejściu do wody, gdy z głośników rozbrzmiał Hymn. To dla mnie bardzo ważny moment. Stanąłem na baczność, zamknąłem oczy i ze skupieniem wsłuchiwałem się w każdy takt. Potem jeszcze spojrzałem na Białego Orła na moim kombinezonie, aby po raz ostatni przypomnieć sobie jaka jest stawka tych zawodów. Byłem gotów na wojnę… Zaczęto nas wpuszczać do wody…

***

      Ustawiłem się w najdogodniejszym moim zdaniem miejscu i dryfowałem w oczekiwaniu na start. Spodziewałem się końcowego odliczania, jednak wystrzał nastąpił dość znienacka. Delikatnie zamuliłem, ale szybko się otrząsnąłem i ruszyłem do walki.

      Na początku miałem wrażenie, że wszyscy mnie wyprzedzili. Widziałem duże skupisko rąk i głów przed sobą, ale nie przejmowałem się tym póki co – planem było stracić jak najmniej. Z każdym metrem płynęło mi się coraz lepiej i już pod koniec pierwszej, bardzo długiej prostej zacząłem wyprzedzać rywali, którzy zaczęli zbyt szybko.

      Na bojkach praktycznie nie było tłoku. Drugą, bardzo krótką prostą przepłynąłem bez zmian w klasyfikacji, ale na trzeciej poczułem TO COŚ…

      Przepływ, flow – jak zwał, tak zwał. Płynąłem mocno… Bardzo mocno… W normalnym stanie nie miałbym prawa wytrzymać takiej pracy przez 750 metrów, jednak teraz czułem, że mogę tak bez końca. Byłem tylko ja i woda, wszystko inne straciło jakiekolwiek znaczenie… Nie musiałem nawet patrzeć na zegarek, by wiedzieć, że płynę szybciej, niż kiedykolwiek w życiu. Ale jak szybko? Tego nie wiedziałem…

      Dotarłem do ostatniej bojki, skręciłem w prawo i nawigując już na wyjście z wody poluzowałem delikatnie, wydłużając przy tym krok w celu obniżenia tętna. Wiedziałem, że wodzie zrobiłem tyle, ile mogłem, a w strefie zmian przyda się trochę przytomności umysłu…

***

      Przed startem było spore zamieszanie z zamknięciem kąpieliska w Jeziorze Chodzieskim. W którymś komentarzu trochę dla żartu napisałem, że dla mnie mogą je zamknąć spowrotem 23 minuty po starcie. Popłynąć 23 minuty? Marzenie! Ale biorąc pod uwagę moją dotychczasową życiówkę na 1500 metrów (23:48), wszystko wskazywało, że w sferze marzeń pozostanie…

***

      Spojrzałem na zegarek, gdy tylko poczułem grunt pod stopami. Zatkało mnie… Już wiedziałem, że będzie dobrze. 22:48! Dziewczyny krzyknęły mi, że jestem 16-ty…

***

      W strefie zmian kolejny szok – dobiegłem do roweru, a obok nadal stał rower Kuby Kimmera, o którym byłem przekonany, że wyjdzie z wody przede mną! Wykonałem życiowe T1 (6-ty czas spośród wszystkich startujących!), pod koniec widząc jeszcze Kubę, więc przewaga była niewielka. Wsiadłem na rower. Klubowy kolega Igor krzyknął mi, że jestem 12-ty, z 1:50 straty do lidera. Ale teraz zaczął się mój etap… 😉

***

      Na początku nie bardzo był czas, aby bawić się z zakładaniem butów, więc zanim ostatecznie je dopiąłem minęło jakieś 1,5 kilometra, a ja jechałem już na 10-tej pozycji. W oddali widziałem Pawła Skuzę i bardzo ucieszyło mnie, że powoli, acz sukcesywnie się do niego zbliżam. Postanowiłem wziąć łyka izo. Omal nie zakończyło to mojego udziału w Mistrzostwach!

***

      Ułamek sekundy nieuwagi przy odkładaniu bidona do koszyka i nim się spostrzegłem, pędziłem już 40 km/h po poboczu. Hamowanie na niewiele się zdawało, a zarośla robiły się coraz gęstsze. Oczyma wyobraźni już widziałem siebie przelatującego przez kierownicę, więc moja ulga, gdy wreszcie zatrzymałem się na jakimś krzaku była nie do opisania.

      Myślę, że 9 na 10 takich przypadków zakończyłoby mój udział w zawodach. Wystarczył najmniejszy kamyczek, kawałek szkła, czy jakaś dziura… Tymczasem absolutnie nic się nie stało! Wróciłem na drogę, znów na 12-tym miejscu, a nim się rozpędziłem spadłem jeszcze o jedno oczko, ale sportowa złość we mnie buzowała – zacząłem gonić!

***

      Do pierwszego nawrotu, na 10-tym kilometrze, dojechałem w okolicach 8-ego miejsca. Zbliżyłem się do Pawła Skuzy na jakieś 100 metrów jeszcze sporo przed zawrotką, jednak wtedy coś się zatrzymało i dzielący nas dystans przestał się kurczyć. Zmierzyłem sobie stratę do lidera – 1:30. Biorąc pod uwagę pobyt w krzakach odrobienie 20-tu sekund na tym odcinku uznałem za dobry prognostyk.

***

      Powrót do Chodzieży dał możliwość obczajenia jak sobie radzą rywale za mną. Kuba Kimmer, w którym przed startem upatrywałem głównego rywala tracił około 2 minuty, dobrze!

      Coś się w mojej jeździe zacięło na dobre. Paweł znów zaczął się oddalać, a na dodatek po kilku kilometrach dogonił mnie jeszcze jeden zawodnik. Na szczęście wjechało mi to na ambicję!

      Odpuściłem rywala na przepisowe 10 metrów, a następnie ruszyłem co sił w nogach za nim. Raz dwa doszliśmy Pawła i, jeszcze przed półmetkiem trasy rowerowej, kilku dobrych pływaków, w tym Dominika Pikorskiego i Adriana Zarzeckiego.

      Na drugim nawrocie zobaczyłem Kosiormamę 😱 kiedy ostatnio z nią rozmawiałem była jakieś 300 km od Chodzieży i nie zapowiadała pojawienia się 😍

      Szybka kalkulacja straty do liderów powiedziała mi, że brakuje nam około minuty.

      W tą stronę, w którą jechaliśmy teraz czułem się jakoś lepiej. Mniej więcej po 25 km roweru dogoniliśmy jeszcze dwie osoby i przed nami znajdowała się już tylko dwójka liderów.

      Zaczęło się robić ciasno. Co chwila ktoś mnie wyprzedzał lub zwalniał na tyle, że to ja musiałem podkręcić, by znaleźć się przed nim i nie ryzykować kartki. Na początku czułem się w tej sytuacji dziwnie. Nie bardzo wiedziałem jak się zachować, więc za wszelką cenę starałem się jechać pierwszy. Po jakimś czasie zrozumiałem, że to bez sensu, ponieważ poziom był tak wyrównany, że nie było opcji by urwać się rywalom i rozstrzygnąć losy medali już na rowerze. Uznałem, że lepszym wyjściem będzie poluzowanie teraz i zachowanie więcej sił na bieg.

      Dokładnie na trzecim nawrocie dogoniliśmy czołową dwójkę – teraz było nas ośmiu.

***

      Powrót do strefy zmian był conajmniej dziwny. Niby odpoczywałem fizycznie, nie piłując, tylko trzymając podobne tempo jak rywale, ale dla głowy była to męczarnia.

      8 osób w jednym miejscu to naprawdę dużo biorąc pod uwagę zakaz draftingu. Starałem się zachowywać rozsądny dystans do rywali. Widziałem, że pozostałe osoby w naszej grupie również. Nikt nie jechał z zamiarem chamskiego draftingu w celu oszukania rywali, jednak roszady były tak wielkie, że zwyczajnie nie dało się (a przynajmniej ja nie umiałem) nie mieć nikogo w promieniu 10 metrów. Między niektórymi było może 7, między innymi 5, albo 3, było widać, że każdy robił co mógł.

      Stres potęgował dodatkowo sędzia na motorze, który przejechał z nami niemal pełne ostatnie 10 km trzymając w ręku niebieską i żółtą kartkę – dawał nam do zrozumienia, że balansujemy na granicy. Gdyby chciał, mógłby ukarać całą naszą ósemkę, jednak w moim przekonaniu wypaczyłoby to wynik rywalizacji i myślę, że on uznał podobnie, biorąc pod uwagę nasze „dobre chęci”. Chyba nikt nie jest na tyle głupi, by jadąc w czołowej grupie wyścigu o Mistrzostwo Polski, metr od sędziego, z premedytacją łamać regulamin narażając się na karę czasową. 😉

***

      Ostatnie metry roweru odpuściłem zupełnie, poświęcając kilka sekund i pozycji na rzecz jak najlepszego przygotowania się do strefy zmian. Różnica między pierwszym, a ósmym zawodnikiem na belce wyniosła dokładnie 12 sekund!

      T2 to chyba moja najmocniejsza strona 😂 (tutaj 2-gi czas T2 całych zawodów).

***

      Zanim dotarło do mnie, że już biegniemy, już byliśmy przy pierwszym punkcie z wodą. Był bardzo potrzebny! Popiłem tabletkę mocy (dozwoloną! 😀), a resztę wylałem na siebie.

      Kilkadziesiąt metrów przed nami biegł samotnie Michał Nawracaj (skąd on się tam wziął?! 😱), a potem nasza grupa, w której czym prędzej objąłem prowadzenie.

      Opłacało się przycisnąć rywali, bo już po około 1,5 km na plecach trzymali się tylko Adrian Zarzecki z Dominikiem Pikorskim, a jeszcze jakiś kilometr dalej zostałem sam. Kilkadziesiąt metrów przewagi Michała ani myślało jednak drgnąć!😱

      Do mety było jeszcze daleko i nie mogłem tego tak zostawić. W głowie cały czas słyszałem powtarzające się cytaty, którymi zasypywałem się przed startem. Ten, który najbardziej utkwił mi w pamięci, kazał postawić wszystko na jedną kartę i za wszelką cenę dogonić rywala…

„Winning is what happens when your desire to win is greater than your fear of failure”

      Pragnąłem zwycięstwa. Pragnąłem go jak nigdy wcześniej niczego. Mieliśmy 7 kilometrów do mety i zostaliśmy we dwóch. Żaden z nas nie był mocniejszy od rywala. Teraz liczyła się tylko głowa. Zaatakowałem…

„Winning is what happens when your why is bigger than your opponent’s why”

      Zyskałem kilkadziesiąt metrów przewagi, jednak kilometr dalej Michał znów się ze mną zrównał. Na ostatnią rundę wbiegliśmy razem. O tytule Mistrza Polski amatorów miał teraz zadecydować bieg na 5 km.

      Przebiegliśmy razem może kilometr…

„It only takes one moment to decide you are going to be a winner”

      Zdecydowałem. Zaatakowałem jeszcze raz. Ostatnie 4 kilometry wojny… Teraz już nie było miejsca na kalkulacje. Michał został – musiałem dać z siebie absolutnie wszystko! Wbiłem wzrok gdzieś w przestrzeń przede mną. Bolało. Dublowałem kolejnych zawodników. Mijałem ich wyjąc z bólu, ale to wycie pomagało go trochę uśmierzyć.

      Co jakiś czas oglądałem się za siebie. Przewaga rosła, a do mety było coraz bliżej! W pewnym momencie nie było już nawet widać rywala, jednak nie była to jeszcze pora na świętowanie tryumfu. Walka trwała i wszystko się jeszcze mogło wydarzyć.

      Minąłem tabliczkę oznaczającą kilometr do mety. Zaczęło to do mnie docierać. Jeszcze nawrót. W drodze powrotnej spotkałem goniącego mnie cały czas rywala. Już wiedziałem, że przewaga wynosi kilkadziesiąt sekund. Nie mogłem stracić tyle na kilometrze. Nie mogłem!!!

      Ostatnia prosta wzdłuż Jeziora Chodzieskiego. Atmosfera stworzona przez zebranych tam kibiców była niesamowita. Czerpałem z niej energię, stawiając ostatnie kroki. Dobiegłem do miejsca, gdzie niemal równo 100 minut temu wychodziłem z wody. Skręciłem na stadion. Kilka schodów, kilka zakrętów i już biegłem po czerwonym dywanie…

      To było to! Zostałem MISTRZEM POLSKI AMATORÓW!!! Dokładnie tak jak to sobie wymarzyłem rok temu podejmując decyzję, że zajmę się triathlonem!

     Metę przekroczyłem z czasem 2:03:30. Drugie tyle chyba płakałem ze szczęścia leżąc za nią 😀

MISTRZOSTWA POLSKI AG na dystansie olimpijskim
CHODZIEŻ 13.08.2017
pływanie – 1500 m – 22:48 – 1:31 min/100 m
rower – 40 km – 1:01:48 – 38,83 km/h
bieganie – 10 km – 37:09 – 3:39 min/km

 

5 thoughts on “Mistrzostwa Polski Age Group – Chodzież, 13.08.2017”

  1. Michał, czytając Twój piękny poemat, też sie wzruszyłam do łez….Jesteś dla mnie WYJĄTKOWĄ osobą. Ale najpiękniejsze określenie w tekście to KOSIORMAMA❤ Monika masz nowe nazwisko😂 a syna wyjątkowego. Wielkie gratulacje Kochani 🍀

  2. Muito bonito este texto. Você esta colhendo o que plantou. Este é o fruto da tua determinaçao. Você sempre foi um campeão. Estas vitorias somente confirmam isto amigo Michal.

  3. Wow, wow i jeszcze raz WOW!!!! Gratuluję z całego serducha i trzymam kciuki za kolejne sukcesy 😉 Coś niesamowitego, czytałam ten tekst z wypiekami na twarzy, tak świetnie oddałeś atmosferę i emocje! Mega 👏🏽

  4. Dziękuję bardzo. Duma oczywiście mnie rozpiera i cieszę się ogromnie, że uczestniczyłam w tym wielkim dla Michała wydarzeniu. A Kosiormama…zostałam tak oznaczona w poście trenera Michała z Rawy i tak zostało. Mnie też się podoba 🙂
    Mnie też łzy płyną, gdy czytam relacje z zawodów, no ale ja przeżywam to podwójnie 🙂 Pozdrowionka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *