Geres Extreme Półmaraton – zakończenie sezonu w Portugalii

      Ustawiłem się w pierwszej linii przez co zauważył mnie spiker. Podszedł z mikrofonem i kilkoma pytaniami.

      – Rekord trasy to 1h21min. Czy sądzisz, że będziesz dziś walczył o zwycięstwo?

      1:21? Gdyby to był płaski półmaraton to już zastanawiałbym się jak upchnę w plecaku puchar za pierwsze miejsce. Wiedziałem jednak, że czekają mnie góry. I to nie byle jakie góry. Ile cennych sekund mogą mi skraść? Tego nie wiedział nikt…

      – Myślę, że z takimi rywalami jacy tu stoją koło mnie, może być ciężko wygrać. – odpowiedziałem, nie mając tak naprawdę pojęcia kto stoi koło mnie 😂

      Jaki miałem cel? Brak pomysłu! Na pierwszej edycji Maratonu Geres byłem 16-ty. Może pierwsza dycha? Ale z drugiej strony tak bardzo nie chciało mi się męczyć!

      Ruszyliśmy.

      Od startu prowadziłem, potem schowałem się za plecy chyba jedynego znajomego w czołówce – Amandio Antunesa i tak gnaliśmy w dół w średnim tempie po dwóch kilometrach 3:20 min/km. Została nas piątka.

      Po 2,5 kilometra skręcało się ostro w lewo na stromy podbieg. Cała czwórka natychmiast mi uciekła. Zostałem sam i tylko czekałem, aż kolejny, nie tak daleko za mną biegnący rywal mnie doścignie. Zwykle lubiłem podbiegi, ale tym razem po prostu nie byłem na ten bieg przygotowany. Bałem się przesadzić już na początku. Spadłem na 6-te miejsce.

      W oddali widziałem, że również Amandio odpadł z czołowej grupy. Trójka pobiegła już między sobą rozdać miejsca na podium. Czwarte miejsce wciąż pozostawało w zasięgu wzroku…

      Mniej więcej w połowie podbiegu znów się spotkaliśmy. Ja, Amandio i rywal, który chwilę wcześniej mnie wyprzedzał. Z tyłu kolejni byli coraz dalej. Na szczęście!

      Bieg po górach, nawet taki asfaltowy, mało ma wspólnego z biegami ulicznymi. Tam jak już jest się w jakiejś grupie, to prawdopodobnie się w niej pozostanie. Tutaj sytuacja zmieniała się jak w kalejdoskopie. Raz biegliśmy w grupie, raz ja zostawiałem rywali za plecami, raz Amandio odstawał, innym razem znowu to ja zamykałem stawkę… Nic stałego, wszystko w zależności od tego kto akurat miał kryzys i jak mocny. A miał go każdy!

      Po pewnym czasie jednak sytuacja zaczęła się klarować. Po krótkim, stromym zbiegu znów poruszaliśmy się w górę. Nieznajomy zawodnik z przodu, kilkanaście sekund po nim Amandio i za kolejne kilkanaście sekund ja.

      Miałem świadomość, że nie jestem przygotowany do tego biegu. Mój ostatni miesiąc to zawalona dycha w Poznaniu, dosłownie kilka treningów ukradzionych afrykańskim upałom w Senegalu i znów bieg na piątkę, który okazał się niewypałem. Ostatni raz 20 km biegu przekroczyłem na Swimrunie we wrześniu! 😂

      Cały czas powtarzałem więc sobie w głowie, że jeśli ktoś nie wytrzyma trudów biegu to będę to ja. Dlatego też nie strałem się trzymać chłopaków za wszelką cenę – biegłem w swoim tempie, trzymałem się z tyłu, ale w bezpiecznej odległości, dbając przede wszystkim o to, aby nie zmęczyć się za bardzo. Nie teraz, jeszcze przed półmetkiem… I to mnie uratowało!

      W pewnym momencie poczułem się przez chwilkę lepiej. Zacząłem zbliżać się do Amandio. W tym samym momencie zauważyliśmy, że mający już znaczną przewagę nad nami rywal… zatrzymał się na punkcie z wodą. Z pierwszego nikt z nas nie skorzystał, bo nie było jeszcze potrzeby, teraz razem z Amandio uznaliśmy, że z kolei nie ma na to czasu i pognaliśmy obok, a powracający z wodopoju zawodnik znalazł się między nami. Nadal byłem szósty, różnice jednak bardzo się zmniejszyły, a pobieg stał się stromszy.

      Na jednej z serpentyn moi towarzysze cierpienia wybrali bardziej łagodną wersję na około, ja natomiast sciąłem ją przy krawędzi w najsztywniejszym miejscu i znów połączyliśmy się w jedną grupę. Oj bolało wtedy jak diabli! Spojrzałem na zegarek – to był półmetek.

      Posuwaliśmy się w górę w żółwim tempie. Ja dosłownie biegłem bokiem, gdyż zauważyłem, że sprawia to mniejszy ból. Pomyślałem, że jak sobie krzyknę, to może ulży jeszcze troszkę bardziej…

      – O Boże!

      Nie wiem czy to był cud, przypadek, efekt placebo, czy może rywale przestraszyli się zaklęć w dziwnym języku, ale w tym momencie totalnie mnie odpuściło. Wyrównałem oddech, wyprostowałem krok oraz sylwetkę i zacząłem tak po prostu biec. Amandio zniknął natychmiast, drugi zawodnik przez chwilę walczył, ale też szybko odpuścił. Zostałem sam i czułem się jak młody bóg, biegnąc pod górę jakieś 4:20 min/km. Trwaj chwilo, jesteś piękna! 😍

      Ostanie 5,5 km to bardzo stromy i kręty zbieg. Niebezpieczny wręcz. Tuż przed nim był ostatni punkt z wodą. Dobiegłem tam z tak dużą przewagą, że rywali nie było już widać. Chciałem chwycić kubek jednak żaden nie był akurat gotowy (właśnie przebiegała tędy duża grupa nieco wolniejszych zawodników biegu na 13 km, więc nikomu się raczej nie spieszyło). Mi owszem. Uznałem, że napiję się na mecie. Nie umiem zabiegać, ale teraz to się nie liczyło. Puściłem się w dół jak szalony.

      Pierwsza myśl – skoro biegnie mi się tak świetnie, to może jest jeszcze szansa na pudło?! Dowiedzieć się jednak jaka jest strata do czołówki – niemożliwe. Biegłem więc co sił w nogach, wyjąc z bólu i co chwila słysząc okrzyki wyprzedzanych uczestników 13-tki typu „Zwolnij!”, „Zabijesz się!”, „Zaraz jest ostry zakręt!”.

      I bez nich śmierć zaglądała mi w oczy na każdej serpentynie, więc serio nie pomagali 😂

      Albo umiesz zbiegać, albo Twoje nogi Cię nienawidzą. Niestety, już wiedziałem co będzie się działo po biegu. Każdy krok był porządnym uderzeniem piętą o asfalt, niszczące dla ścięgien, mięśni i kolan. Nie mogłem jednak nad tym rozmyślać – było może 1,5 km do mety, a gdy się obejrzałem…

      Pomiędzy tłumem trzynastkowiczów ujrzałem jego. Nie był to rywal z mojej dotychczasowej grupy, a starszy pan, który przez większość dystansu miał do nas kilkaset metrów straty… 😱 proszę, co w górach znaczy doświadczenie! Minął dwóch znacznie młodszych od siebie rywali i wyraźnie już zacierał rączki przed skonsumowaniem mnie! 😱

      Nic z tego! Pamiętałem ten fragment trasy sprzed trzech lat – ostatnie niegroźne już serpentyny, a potem długa prosta w dół do mety.

      Gdyby nie ten starszy pan dobiegłbym do mety moim mocnym tempem i stwierdził pewnie, że szybciej już się nie dało. Ten człowiek jednak wyprowadził mnie z błędu! W jednej chwili na zegarku pokazały się cyfry, których tam jeszcze nigdy chyba nie było! Ostatnie 750 metrów to średnie tempo 2:59 i maksymalne… 2:33! Przypominam, że wciąż było w dół, ale możecie mi wierzyć, że nogi nie mogły nadążyć za asfaltem, a korpus za nogami 😀

      Do mety dobiegłem z uniesioną nad głową flagą Polski, w czasie 1:25:39, na 4-tym miejscu, jedynie 9 sekund przed starszym panem! 😱

      Niby otarłem się o podium i szkoda, jednak jakby nie patrzeć jest to moje najwyższe w życiu miejsce zajęte na zagranicznych zawodach (dotychczas 6. w 2009 roku na kolarskim wyścigu ulicznym w Ostravie), a przede wszystkim daaaaaleko przekroczyłem własne, nawet najśmielsze oczekiwania co do tego biegu. Byłem naprawdę bardzo szczęśliwy! 🙂

      Gerês Extreme Marathon to zdecydowanie najlepszy bieg, w jakim zdarzyło mi się brać udział i będę tam wracał tak często, jak tylko się da! 💖 Carlos Sá jest nie tylko wybitnym biegaczem, ale też równie wspaniałym organizatorem biegów! 😊

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *