Swimrun Poland – Złoty Kosior w kategorii Impreza Roku 2017!!!

      Spałem kiedyś w namiocie na Ukrainie w temperaturze 4°C, spałem w nieogrzewanej kamienicy w Portugalii przy około 0°C, ale nigdy dotychczas nie płakałem z zimna. Aż do godziny 5:00 rano dnia 9 września 2017, kiedy to zadzwonił budzik, wołając swoim najokrutniejszym głosem „Wstawaj! Za godzinę masz Swimrun Poland Solina!”.

      Nie wiem czy bardziej przerażał mnie stopniowo zatrzymujący się przepływ zamarzającej w żyłach krwi, czy perspektywa konieczności wejścia za kilkadziesiąt minut do wody. Ani trochę nie pomagała biegająca w kółko po pokoju i krzycząca coś o umieraniu Daria… Jedynie MaTTi był w stanie zachować względny spokój. Gdyby człowiek rodził się z umiejętnością jednej teleportacji w życiu, ja moją wykorzystałbym właśnie teraz i wrócił do spania w cieplutkim łóżeczku w Triathlonowej Melinie.

      Niestety na rezygnację było już dużo za późno. Zacząłem od wtarcia w siebie kilograma maści rozgrzewającej, ale niezbyt pomogła… Gdybym mógł, to posmarowałbym nią też te kilka wafli ryżowych, które udało mi się w siebie wmusić na śniadanie, może od środka rozgrzewa bardziej?!

      Nawet pianka od Dare2Tri była lodowata! Zaraz po niej w ruch poszła cała zawartość bagażu i na start udałem się ubrany jak eskimos. Przekonali mnie, abym się rozebrał może jakieś 5 minut przed startem.

***

      Czy byliśmy z Matim dobrze przygotowani do tych zawodów? On prosto po podróży autostopowej, umęczony jak diabli i niewyspany. Ja prosto po jakimś zatruciu wirusowym – głodny, niewyspany, bez treningu od tygodnia i jeszcze na dodatek niemal na czczo… Ale to i tak nic. Najlepiej pomysł wzięcia udziału w zawodach łączących 40 kilometrów biegania z 5-ma kilometrami pływania podsumował w dniu wyjazdu Sebastian ze Sklepu Biegacza:

      – Kosior, kiedy ty ostatnio przebiegłeś chociaż 20 km?

      – Yyy… – bąknąłem – yyy.

      Sprawdziłem to dopiero potem… Sebastian, to było 26 czerwca 2016 😂

***

      Tak więc wyśmienicie przygotowani fizycznie, we wspaniałych nastrojach (za 2200 metrów czekało na nas pierwsze pływanie!! 😱), ruszyliśmy do 6-godzinnego wysiłku (o my naiwni!) tempem… 3:30 min/km 😂 Fakt, że było trochę z górki nie tłumaczy nas ani trochę – uprzedzając pytania – Tak, jesteśmy debilami! 😂

      Wtedy jeszcze wkurzało nas, że zawodnicy z dystansu sprint (połowę krótszy) niczym nie różnili się od maratończyków. Do wody dobiegliśmy jako siódma para (Jaka ulga! Była cieplejsza niż powietrze! 💖), zastanawiając się którą możemy zajmować lokatę w kategorii maraton, ale chwilę potem straciło to jakiekolwiek znaczenie.

      Najpierw przepłynęli po nas (DOSŁOWNIE!!!) Daria z Igorem. Okej, Daria miała płetwy, niech jej będzie. Potem Jędrek (Od Grubasa do Ultrasa). Cóż, doświadczony swimrunner – miał prawo… Ale potem… Tłum rywali, 4 ciężarne kobiety, miejscowa ludność płynąca na drugi brzeg do pracy, dzieci do lat 6 startujące w towarzyszącym aquathlonie, sekcja piłki wodnej UKS Parzęczew razem z trenerem, ratownik holujący pięciu topielców jednocześnie, Arka Noego, kajak bez załogi i dwóch słynnych emerytów z otwarcia CH Sukcesja w Łodzi:

      Na drugi brzeg wyszliśmy zdruzgotani. Spojrzeliśmy na siebie z jednym cisnącym się na usta pytaniem. „Co tam się ku*wa stało?!”. Kilometr w łapkach w 22,5 minuty – wtedy jeszcze myślałem, że wolniej już się nie da 😂

***

      Zaczął się wbieg na Jawor. Na początku nawet nadrobiliśmy trochę pozycji. Wyprzedziliśmy na nowo Jędrka i już już mieliśmy Darię z Igorem, ale zaraz po wybiegnięciu na asfalt…

      – Mati czekaj!

      Dosłownie zaczęło mi się z głodu robić ciemno przed oczami. Nie było mowy o dalszym biegu. Nagle zmienił się cel – już nie walczyliśmy o zwycięstwo, chcieliśmy tylko dotrzeć do pierwszego punktu żywienia na szczycie Jawora. Musiałem się najeść!

      Nie planowaliśmy spaceru, ale cóż… I znów te dzieci z aquathlonu!

***

      Już wiem co czują ludzie na pustyni docierając do oazy! Byliśmy uratowani! Choć z drugiej strony byłem rozdarty wewnętrznie – jednocześnie mdlałem z głodu i chciało mi się wymiotować… Czekolada była za słodka, złapałem więc jakieś krakersy, zapiłem colą, zaplątując się w międzyczasie  w linkę holowniczą Grubaso-Ultrasów, którzy znów nas dogonili.

      Ruszyliśmy zdruzgotani w dół. Zbieg z Jawora znów był dla nas jedynie marszem. Przepuszczaliśmy kolejne mijające nas pary ustalając między sobą, że nie ważne jest już miejsce, że spróbujemy chociaż ukończyć. Czas leciał bardzo szybko – ze zdziwieniem spostrzegłem, że za nami było już 1,5h wysiłku. Normalnie zbliżałbym się do mety, ale dziś nie była to nawet 1/4 trasy.

***

      Na drugim odcinku pływackim było mi już wszystko jedno. Cola, której na co dzień unikam jak ognia spowodowała duże pragnienie, więc zacząłem pić wodę z jeziora…

***

      Byliśmy w miejscu, które organizatorzy reklamowali jako mieszkanie bobrów. Cóż, nawet jeśli rzeczywiście tam były, to od czasu pierwszych zawodników zdążyły się już pewnie wyprowadzić na Ukrainę… 😂

***

      Trzecie wyjście z wody okazało się przełomem…

      – Tyyy, Mati, czuję się zajebiście! Dawaj zapieeeee*dalamy!!

      – Kosior, tylko spokooooooo…

Zanim Mati skończył zdanie już wskakiwałem do wody po raz czwarty… 😂

***

      Wyszliśmy z wody. Teraz czekało nas dłuższe bieganie. Nareszcie! Wpadliśmy w fajny rytm i zaczęliśmy gonić. „Może jeszcze nie wszystko stracone?!”.

      Niedługo trwała nasza radość…

      – Kosior, pitstop! – krzyknął Mati – Przepraszam.

      Jak już wspominałem było mi wszystko jedno, więc nie gniewałem się ani trochę. W oczekiwaniu położyłem się na trawie i zamknąłem oczy. „A gdyby tak tu zostać…?”.

      Właściwie to bardziej zły byłem, kiedy już trzeba było wstawać. 😁

***

      W połowie tego odcinka biegowego usytuowany był punkt żywieniowy. Znów w ruch poszły krakersy i cola, choć tym razem wzbogaciłem moją dietę o czekoladę – czułem się znacznie lepiej i już mnie nie mdliło. 😊

      Korzystając z okazji zapytaliśmy wolontariuszy ile czasu minęło od pierwszych zawodników. Wiedzieliśmy, że dużo, ale 40 minut jednak trochę nas przerosło… 😂

      Zaczął się zbieg. Rozpędziliśmy się do całkiem fajnej prędkości, gdy nagle…

      – Mati, pitstop!

      Mniej więcej wtedy zaczęliśmy traktować ten start w kategorii żartu. 😁

***

      W momencie, gdy gramoliłem się z powrotem na trasę dogoniła nas pierwsza para mieszana dystansu maraton. Dołączyliśmy do nich i jeszcze jednego duetu, chwilę później wyrobiliśmy sobie trochę przewagi jednak na ostatnim odcinku pływackim przed półmetkiem zacząłem mieć dla odmiany problemy z pachwiną, więc znów się zrównaliśmy.

      Truchtaliśmy sobie rozmawiając, gdy nagle szef jakiegoś punktu kibicowania oznajmił nam, że biegniemy najładniej i najrówniej ze wszystkich dotychczasowych par. Biorąc pod uwagę, że czuliśmy się mniej więcej tak, jakby chwilę temu rozjechał nas czołg, stwierdziliśmy, że pewnie taki sam tekst słyszał tu każdy duet. Nasłuchiwaliśmy nawet, czy słowa te powtórzą się dla kolejnej pary, ale ku naszemu zdziwieniu nie! 😱

      „Biegliśmy” teraz stromo pod górę, na punkt widokowy, z którego było już tylko kilkaset metrów do półmetka.

      „Boże, jak tu pięknie!” krzyknąłem zatrzymując się i podziwiając widoki rozpościerające się za naszymi plecami. Mati również przystanął – krajobraz tutaj był wart drobnej pauzy.

***

      Stalibyśmy tam pewnie do dziś, ale nagle podszedł do nas wolontariusz mówiąc:

      – Brawo, jesteście piąta parą maratonu!

      Spojrzałem na niego, na Matiego, jeszcze raz na niego…

      – Nie, nie, stary, coś pomyliłeś. Pięćdziesiątą może? Piątą od końca? Piątą w kategorii Łodzian?

      – Jestem pewien! Piąta OPEN!

      Żenujące wręcz pierwsze pływanie, półświadomy spacer pod Jawor, pół godziny w punkcie żywieniowym, 2 x pół godziny w krzakach, pogaduszki… My chyba śnimy!

      Mimo, że byliśmy na trasie już niemal od 3,5 godziny, start dla nas nastąpił właśnie w tym momencie…

***

      Natychmiast znaleźliśmy się na półmetku. Tam potwierdziła się wiadomość od wolontariusza. Wiedzieliśmy, że czeka nas ciężka walka – musieliśmy się najeść, więc w punkcie spędziliśmy sporo czasu spadając na 6-tą lokatę, jednak z niedużą stratą do dwóch poprzedzających nas par.

      Rozglądaliśmy się za Igorem, Darią i Kasią, jednak nigdzie ich nie było… 😭 Bardzo nam się zrobiło przykro, ale jak się potem okazało po pewnym czasie uznali, że na pewno nas przegapili i poszli do domu… 😂

***

      Zaczęła się bardziej biegowa część zawodów – w to nam graj! Jeszcze przed końcem asfaltu zrównaliśmy się z dwoma parami, a już na szlaku zostawiliśmy ich za plecami. Byliśmy czwarci! Pamiętaliśmy, że cały czas z przodu są Grubaso-Ultrasy, i że dla nich znacznie korzystniejsza była pierwsza, bardziej pływacka część trasy, więc celem stał się awans na podium ich kosztem.

      Dopadliśmy Jędrka dokładnie na wejściu na odcinek pływacki rozdzielający dwa najdłuższe etapy biegowe. Byłem w szoku, tym bardziej pamiętając jak przepłynął koło nas na samym początku, że płyniemy równo!

***

      Awansowaliśmy na podium! Do mety pozostał długi bieg (ok. 9 km), pływanie w lodowatej wodzie (jedyny odcinek nie w Solinie), średni bieg, kilometr pływania i 2 km biegu do mety. Rywale z przodu byli daleko, a nam kończyła się powoli energia (i ta w organizmie i ta w postaci żeli), więc celem stała się obrona lokaty. Zaczęła się walka o przetrwanie!

***

      Dopóki pod stopami znajdował się grunt, było super, bo tylko nadrabialiśmy czas. Zrobił się upał i tak bardzo potrzebowaliśmy wody, że na poważnie rozważaliśmy proszenie o nią w gospodarstwach, które co jakiś czas mijaliśmy, jednak organizatorzy popisali się świetnym refleksem, dorzucając ze względu na warunki na szybko nieprzewidziany wcześniej wodopój… Wielkie BRAWO!

      Słabiej czuliśmy się podczas pływania. Oj bolało na 300-metrowym odcinku w 14-stopniowej wodzie! (Odcinki pływackie na swimrunie przydają się do zorientowania się w sytuacji na trasie – w wodzie lepiej widać i rywali przed nami i tych za nami).

      Gdy my wchodziliśmy do wody, druga para właśnie z niej wychodziła – około 7 minut straty. Z kolei gdy wychodziliśmy, para za nami całkiem niedawno zaczęła płynąć (na oko 5-6 minut przewagi).

***

      Ok. 6 kilometrów dzielące nas od Soliny było jednym z najtrudniejszych odcinków biegowych w moim życiu. W połowie na szczęście znajdował się punkt żywieniowy. Najadłem się tam ile się dało, wypiłem mnóstwo wody, a także napchałem krakersów do kieszeni, mając świadomość, że został mi już ostatni żel energetyczny.

      Teoretycznie to ja jestem lepszym biegaczem z naszego duetu, ale tutaj role się odwróciły. Jedyne co byłem w stanie z siebie wydobyć, to co kilkaset metrów głuchy okrzyk „Mati! Marsz!”. Mati dzielnie znosił moje fanaberie i motywował mnie jak tylko mógł. Byłem tak głodny, że zaraz za punktem zeżarłem własny żel, a potem jeszcze wydębiłem pół od Matiego! Krakersy z kieszeni kusiły, ale nie miałem czym ich popić – teraz już nie wyczekiwałem ostatniego wejścia do wody ze względu na upał, czy to, że przybliżał on nas do mety. Spadłem na samo dno piramidy potrzeb Maslova – chciałem się po prostu napchać ciastkami i popić wodą z jeziora! 😂

***

      Teoretycznie to Mati jestem lepszym pływakiem z naszego duetu, ale tutaj… role się odwróciły 😱 Widziałem ból i przerażenie w jego oczach… Dzielnie walczył ze skurczami w nogach, a ja pomagałem jak tylko mogłem: pływałem wokół wykrzykując motywujące hasła i od czasu do czasu próbując rozciągać mu odmawiające posłuszeństwa mięśnie. Cały czas kontrolowałem pozycję w wodzie pary za nami i uspokajałem Matiego, że jest dobrze (choć coraz mniej sam w to wierzyłem 😂).

      Dzięki Bogu (i organizatorom, dla których kolejny raz olbrzymie BRAWO), na tym etapie każda para miała już do obstawy własną łódź ratunkową. Uratowało nas to przed paniką powodując olbrzymi komfort psychiczny.

      Pod koniec odezwała się jeszcze moja pachwina, ale było już tak blisko brzegu, że nawet gdyby mi ta noga odpadła, to bym tam dodryfował! Żabko-kraulo-grzbietem dobiliśmy do plaży.

      Kilometr z początku zawodów wydawał się wiecznością, gdyż trwał 22,5 minuty… Ten trwał… (nie uwierzyłbym w to w życiu, gdyby nie zapis GPS – poczucie czasu na tym etapie rywalizacji jest nieco inne niż normalnie) 39 minut!!! 😱

***

      Bardzo powoli, ale jednak zaczynało do nas docierać co zrobiliśmy… Do mety było 2200 metrów biegu. Teraz częściej już patrzyłem na zegarek niż przed siebie odliczając dosłownie każde 50 metrów. 1850, 1800, 1750! Informowałem Matiego nie wiem po co, bo przecież miał własny… 😂 Ból zaczynała zastępować radość. 1050, 1000, 950! W oddali ktoś krzyczał do nas i machał. Jeszcze tylko dobiec tam, a potem to już zaraz się skończy! 600, 550, 500… „BRAWO! Triathlonowa Melina na podium!” usłyszałem. Nie mogłem uwierzyć, że nazwa naszego mieszkania dotarła aż tutaj! 😂

      300, 275, 250… Spojrzałem na czas. Niedawno minęło 7 godzin od startu. Myśleliśmy, że będziemy łamać 6 😂 150, 140, 130… Już było widać hotel. Już Bartek Olejnik zbił z nami piątkę gratulując, już Dasza wykrzykiwała coś podekscytowana. 50, 45, 40… Wbiegliśmy na ostatnią prostą szalejąc z radości.

      Nie mogliśmy uwierzyć w to co się stało! Mimo tych wszystkich problemów i przeciwności, z którymi się zmagaliśmy byliśmy teraz TRZECIĄ PARĄ OPEN PIERWSZEGO W HISTORII POLSKIEGO SWIMRUNU ÖTILÖ!!! 💖 Oj pojawiły się łzy szczęścia! :'(

***

PODSUMOWANIE:

DATA – 9.09.2017

LOKALIZACJA – Polańczyk

ZAWODY – Swimrun Poland Solina

DYSTANS – 40 km biegu + 5 km pływania

CZAS – 7:02:35

MIEJSCE – 3

SPRZĘT:

pianka Swimrunowa Dare2Tri

buty Saucony Peregrine 6 ze sznurówkami triathlonowymi

kompresy Kalenji z Decathlonu (koniecznie!)

łapki Nabaiji z Decathlonu

nosek Arena (bez noska nie umiem pływać 😀 )

okulary Zoggs Aqua Flex

czepek Head (od organizatora)

***

      Nie miałem najmniejszych wątpliwości. Złoty Kosior w kategorii Impreza Roku 2017 wędruje właśnie do Swimrun Poland! Zrobić w debiucie tak fantastyczną imprezę, ze wspaniałą atmosferą, piękna trasą, odpowiednim zabezpieczeniem oraz zaopatrzeniem to moim zdaniem niebywały wyczyn! Nie miałem okazji startować w innych imprezach pod egidą Ötilö, więc nie wiem jakie tam obowiązują standardy, ale naprawdę ciężko jest wyobrazić sobie wyższe. Wieczorna impreza i wspólne śniadanie następnego dnia połączone z oglądaniem pierwszych zdjęć tylko dopełniły obrazu imprezy IDEALNEJ, na którą nie wyobrażam sobie nie wrócić!

***

      Swimrun to nie moja bajka – jednak najmocniej czuję się na asfalcie, na rowerze, na dystansach do dwóch godzin, a tutaj wszystkie moje atuty są mi zabierane. Dodatkowo teraz już wiem jak to boli i ile trwa! 😂 Swimrunowi w poważnym wydaniu mówię więc stanowcze „nie”, natomiast Swimrunowi Poland w Solinie, który odbędzie się 15.09 mówię stanowcze „DO ZOBACZENIA NA TRASIE ULTRAMARATONU” (dystans maraton zmienił nazwę, całkiem zresztą słusznie 😁) – z Matim już jesteśmy zapisani i dosłownie nie możemy się doczekać!!! 😍

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *