Tower Triathlon Bolesławiec

W opisie imprezy wyczytałem, że będzie to bardziej forma pokazowego treningu niż zawody z prawdziwego zdarzenia, więc też na nic wielkiego się nie nastawiałem.

 

Chciałem popłynąć na maksa, zrobić szybkie T1, potem na rowerze spokojnie, bo przecież ruch otwarty, a na biegu na samopoczucie, im szybciej tym lepiej.

 

Już w biurze zawodów dało się odczuć, że będzie to kameralna, rodzinna impreza. Zostaliśmy bardzo sympatycznie przyjęci, odebraliśmy numery, a potem w strefie zmian poznaliśmy głównego organizatora – Sebastiana Gwiazdowskiego, który dokładnie opowiedział nam jak wygląda trasa. Dowiedzieliśmy się też, że najważniejsze punkty trasy kolarskiej, czyli rondo i skrzyżowania na wyjeździe z Bolesławca, będą zabezpieczone przez strażaków, co za ulga!

 

 

Po krótkiej rozgrzewce w wodzie stanęliśmy na starcie. Atmosfera przez cały czas była bardzo miła i luźna, ale w tych ostatnich sekundach przed rozpoczęciem rywalizacji dało się wyczuć napięcie. Trening treningiem, ale jednak każdy chciał wypaść jak najlepiej!

 

Nawet do głowy mi nie przyszło aby mierzyć się w wodzie z klubowym kolegą MaTTim, natomiast ustawiłem się obok Kuby Kimmera i to jego chciałem przypilnować, mając jednak w świadomości po tym co pokazał w Sierakowie, że może to być bardzo trudne zadanie.

 

Ruszyliśmy! Tłum oszalał! Niby 70 osób w wodzie, a pralka zrobiła się niemal jak w Ślesinie rok temu! 😲 Do mostu, czyli przez jakieś 150 metrów wyprzedziła mnie masa ludzi, która oddzieliła mnie od Kuby… słabo się to zaczęło. 😏

 

 

Jeszcze przed mostem jednak zorientowałem się, że tempo tłumu jakby nieco siadło, ja natomiast ani myślałem zwalniać! Zaczęła się przeprawa przez grupę. Wyprzedzanie kolejnych osób było dla mnie bardzo motywujące i tylko bardziej zachęcało do wytężonej pracy! I kiedy już, już wypływałem na spokojne wody, niestety jeden z rywali postanowił podciągnąć się łapiąc mnie za biodra… Cóż, bardzo szybko zrezygnował ze swojego pomysłu widząc moją stopę mijającą o milimetry jego twarz. 😂(Jeśli to czytasz – następnym razem trafię 😘).

 

Tak więc niedługo po niespodziewanej zapaśniczej wstawce minąłem resztę dużej grupy i mogłem już płynąć swoje, obserwując kilkanaście metrów przede mną 4-osobowy peletonik. 100 metrów dalej znajdował się ponton, będący nawrotką, więc miałem okazję zweryfikować jak dokładnie wygląda sytuacja na trasie.

 

Pierwsza oczywiście Natalia z Kalisza, potem długo, długo nic. Dalej MaTTi 😍 i ktoś ze sztafety, kilkadziesiąt metrów przerwy, wspomniana czwórka z Kubą na czele i kilka sekund później już ja! 😮 A za mną pusto… Było dobrze, ale nie zamierzałem na tym poprzestać! 💪

 

 

Droga powrotna do mostu to próba dospawania do grupy przede mną. Bardzo powoli, ale jednak, przewaga topniała. Złapałem ich może 120 metrów przed wyjściem z wody. Wyprzedziłem dwójkę niezidentyfikowanych rywali i zrównałem się z Kubą!

 

 

Wiedziałem, że jeśli wsiądzie na rower przede mną, to po zawodach. Zrobiło się bardzo płytko. Kuba wstał, ja postanowiłem wykonać jeszcze 3 pociągnięcia, miałem to przećwiczone na rozgrzewce. Zadziałało! Wstałem i wyskoczyłem na brzeg pół kroku przed rywalem! Drugi z mężczyzn! Z tempem 1:27! Ja chyba śniłem! 😮

 

 

T1 od pamiętnego OTT w Strykowie jest moją mocną stroną, więc tu zyskałem kolejne kilka sekund i na rower wskoczyłem 2-gi, ze stratą 26-ciu sekund do Mateusza. Teraz miało być luźno, ale nie dałem rady! 😂

 

Ruszyłem co sił w nogach i z radością stwierdziłem, że Kuba wcale się nie zbliża. Ja natomiast sukcesywnie odrabiałem dystans do klubowego kolegi. Jechało się super, szczególnie na podjazdach, ale po kilku kilometrach zza pleców wyskoczył jednak Kuba. Nie dałem za wygraną i na kolejnym podjeździe odzyskałem drugą lokatę. Matt był coraz bliżej…

 

Niesamowite, że we czwórkę spotkaliśmy się w jednym miejscu! Mateusz wyprzedził pierwszą kobietę, ja Mateusza (przez kilka sekund byłem liderem), a zaraz potem Jakub mnie… Walka zaczęła się od nowa…

 

      Kuba jechał swoje i powoli się oddalał, Mati natomiast, tak jak przewidywałem, przez zimę zrobił niesamowity postęp i tanio skóry nie chciał sprzedać – nie dość że za nic nie mogłem mu odjechać, to jeszcze co jakiś czas mnie wyprzedzał! 😮

      Na rondzie, które było nawrotką trasy kolarskiej mieliśmy około 15 sekund straty do lidera, natomiast już wtedy było niemal pewne, że miejsca na podium podzielimy między sobą, ponieważ kolejni rywale byli bardzo daleko.

 

Droga powrotna niewiele wniosła do sytuacji na trasie. Ja cały czas pamietałem, że teoretycznie bieg mam najlepszy z naszej trójki, więc starałem się nie zajechać zupełnie, Kuba dołożył jeszcze 10 sekund do swojej przewagi, a my z Matim nie daliśmy rady się rozłączyć i wpadliśmy niemal równo do T2.

 

Gdyby ktoś kiedyś dopuścił T2 jako oddzielny sport, mógłbym jechać do Tokio… 😂 Tutaj 28 sekund, 9 sekund szybciej niż druga najszybsza osoba, a 10 sekund szybciej niż Mati i Kuba 😊

 

 

Na bieg ruszyłem jako drugi ze stratą 16 sekund… Blisko… Wystarczająco blisko by myśleć o walce o zwycięstwo… Nie tym razem jednak… 😢 Gdzieś zgubiłem bieganie z zeszłego roku. Kuba od samego początku nadrabiał i zostało tak już do samej mety. Ja z kolei nie bez problemów, ale obroniłem się przed atakiem Mateusza.

 

***

1. Jakub Kimmer – 1:00:21
2. Michał Kosior – 1:01:11
3. Mateusz Fijałkowski – 1:01:35

PODSUMOWANIE:

Pływanie – 1:27 min/100m
Rower – 39,7 km/h
Bieg – 3:51 min/km

***

      Jakie to miłe, że nie trzeba było jechać na drugi koniec Polski, aby naprawdę porządnie się pościgać i to właściwie całą trójką, mieszkającą w Łodzi, więc z sąsiadami (albo nawet współlokatorem! 😍). I tutaj należy wspomnieć po raz drugi osobę Sebastiana Gwiazdowskiego.

      Ten człowiek przyleciał do Polski w czwartek i w 3 dni zrobił imprezę, której nie powstydziliby się najwięksi tego świata! 😲 Za najniższą opłatę startową, jaką w życiu na triathlonie widziałem otrzymaliśmy profesjonalnie przygotowane, oznaczone i zabezpieczone (mimo, że miały nie być zabezpieczone) trasy, profesjonalny pomiar czasu, numery startowe (mimo, że miało nie być), czepki 😮 (jak ktoś chciał), strefę regeneracyjną na mecie, medale własnej roboty, nagłośnienie, fotograf, tłumy kibiców… i jeszcze wszytko 1,5h drogi od Łodzi… Kosmos! 😍

 

 

I tylko na „podium” wydawało mi się, że widziałem zakłopotanie na twarzy Sebastiana, gdy wręczał mi bardzo skromną nagrodę. W tym miejscu chciałbym powiedzieć, że są takie imprezy, na które nie przyjeżdża się po nagrody. Fakt, kiedy na zawodach, których sponsorem tytularnym jest Garmin i płaci się za nie 300 PLN lub więcej, a w nagrodę dostaje się próbkę kremu nawilżającego, to nie powiem co mnie strzela. Ale przyjeżdżając do Bolesławca nie oczekiwałem naprawdę niczego, a dostałem coś najcenniejszego – poczucie, że jestem kimś ważnym – mile widzianym gościem. I to nie dlatego, że stanąłem na podium – tam każdy z ok. 70 uczestników był równie doceniony! 😍 I gwarantuję Wam, że takiej atmosfery jak wczoraj w Bolesławcu nie znajdziecie na żadnych Garminach, TriTourach, czy innych Ironmanach 😉

 

Dla mnie „must have” w 2019 i mimo, że  to dopiero czerwiec to piekielnie mocny kandydat do Złotego Kosiora! 😁

 

A jako konkluzję tej opowieści przedstawię Wam pewien dialog z głównym organizatorem…

 

Leżę na trawie za linią mety, Kuba i Mati stoją obok:

– Sebastian, o której jest dekoracja?
– A o której chcecie?

 

Kurtyna! 😂 Dziękuję za uwagę, idźcie i czyńcie dobro! 😘

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *